ZŁY DORADCA >> niedziela, 13 września 2009 14:12:37
- Nie chciałabym nic mówić, ale zaliczyłeś wtopę na całej linii.
Tak przywitała Tommiego Katariina, wkraczając majestatycznie do własnego mieszkania. Spokojnie zamknęła drzwi na klucz. Powoli odwróciła się, by spojrzeć mu w oczy. Stał przed nią zmieszany, jak uczeń przyłapany na nieprzygotowaniu do lekcji. Zawsze peszyło go to przenikliwe spojrzenie – miał wrażenie, że czarne oczy zaglądają w głąb jego duszy i od razu wiedzą, co dzieje się w jej mrocznych zakamarkach. Oschła uwaga jednak ledwo do Tommiego dotarła. Stan lekkiego alkoholowego upojenia, w jakim się znalazł, nie pomógł w wymyśleniu dobrej, a co ważniejsze składnej, wypowiedzi. Katariina przez moment skrzywiła się, zniecierpliwiona, albo zniesmaczona jego widokiem. Trwało to jednak tak krótko, że Virtanen nie miał pewności, czy mu się nie przywidziało. Po chwili twarz pani Hynninen nie zdradzała żadnych emocji. W rzeczywistości aż wrzała z oburzenia. Nie mogła pojąć, jak można być tak lekkomyślnym. Tommi wiedział przecież, co mu wolno, a czego nie. Chciał wyjść z nałogu, to na pewno. Wyglądało jednak na to, że na dobrych chęciach się skończyło. Katariina miała ochotę postawić Virtanena do kąta i złoić mu skórę. Potraktować jak dzieciaka, którym właściwie był. Pomyślała o Tiinie: nigdy jej tak nie współczuła, jak teraz. Tyle poświęciła, żeby przywrócić męża do normalności, kochała go, wspierała. A on? Wszystko zepsuł, przez nieroztropność właśnie. Chociaż jakieś diabelskie podszepty sugerowały natychmiastowe wyrzucenie Tommiego za drzwi, Katariina postanowiła, że nie będzie aż tak surowa.
- Zostań u nas na noc, bo Tiina cię chyba pogoni – rozkazała władczo. – Jarkko!
Posłuszny mąż od razu pojawił się w polu widzenia, niczym ściągnięty niewidzialnym elektromagnesem.
- Tak, kochanie?
- Pościel Tommiemu łóżko w pokoju gościnnym. Sobie przygotuj posłanie na kanapie.
Jarkko od razu uderzyło słowo „kanapa”. Skrzywił się jak dziecko, któremu starsza i silniejsza siostra zabiera ulubionego lizaka.
- Dlaczego?
- Bo ja tak mówię. Idź! Sama się nie rozłoży, ja też tego za ciebie nie zrobię. Jestem błogosławiona.
Z Katariiną w złym humorze nie było dyskusji. Należało raczej schodzić jej z drogi i dziękować niebiosom, że nie oberwało się czegoś więcej. Mąż potulnie zabrał się za przygotowanie posłań dla siebie i przyjaciela. Tommi został przy stole. Tępo obserwował przyjaciółkę swojej żony. Powoli krzątała się po kuchni, układała naczynia w zmywarce, nalała kotu mleka na spodek, nie zwracając na niego wcale uwagi. Wreszcie z westchnieniem usiadła. Wspaniale ubarwiony i odżywiony pupil wskoczył jej na kolana.
- Kwiecisty, won! – warknęła. Widocznie zwierzak przerwał jej jakiś burzliwy proces myślowy. Oburzony kiciuś przeniósł się na ulubioną poduszkę. Katariina w zamyśleniu oparła brodę na rękach. Przez chwilę przyglądała się Tommiemu z uwagą.
- Co ty teraz zrobisz, sieroto? – zastanowiła się głośno.
Wzruszył ramionami. Kobieta machnęła ręką, jakby oganiała się od natrętnej muchy. Nie, z nim nie dało się normalnie rozmawiać. Był niereformowalny, wręcz irytujący. Tiina zasługiwała na pomnik ze spiżu za to, że z nim wytrzymywała.
- Och, idź już – mówiła tym samym rozkazującym tonem, co do swojego kociego ulubieńca. – Dobranoc!
Butelka wody mineralnej, fontanna, oaza na pustyni… sny Tommiego były dziwne, bezładne, ale wszystkie miały cechę wspólną – kręciły się wokół wody. Po przebudzeniu zrozumiał, dlaczego. Okropnie chciało mu się pić. Niechętnie podniósł głowę. Bolała, ciążyła, jak nie jego. Pokój jakby wirował. Przebycie niewielkiego odcinka, jakim była droga z pokoju do kuchni zaczęło wyglądać niewyraźnie. W krytycznym momencie wzrok Virtanena padł na szklany stół pod ścianą. Co za szczęście! Na blacie stała butelka niegazowanej wody mineralnej i nieskazitelnie czysta, błyszcząca w padających na nią promieniach słońca, szklanka. Tommi nie bawił się w powolne nalewanie sobie do niej cennego napoju. Kilkoma łykami wypił połowę zawartości butelki. Tak, miał kaca. Dziwne, że aż takiego, w końcu wypił tylko parę kieliszków… Chwiejnym krokiem skierował się do salonu. Na jego widok Katariina odłożyła trzymaną w ręce książkę.
- Dzień dobry! – powiedziała głośno. Zrobiła to z premedytacją.
Tommi skrzywił się, chwytając za głowę.
- Nie wrzeszcz tak, na litość boską!
- No dobrze, dobrze – ściszyła głos. – Co planujesz teraz zrobić?
- Teraz… Pójdę do domu. Położę się na kanapę.
Katariina parsknęła śmiechem, jednak nie było w nim ani krzty wesołości. Co najwyżej odrobina gorzkiej ironii. Jednak Tommi niezbyt czuł się na siłach, aby analizować jej zachowanie, a tym bardziej wyciągać jakieś wnioski.
- Idź już, idź – powiedziała tylko. Miała dość własnych zmartwień, z bliźniętami na czele.
Poszedł. Świeże, coraz bardziej wiosenne powietrze sprawiło, że poczuł się trochę lepiej. Głowa już tak nie bolała. Mimo tego odczuwał wielką ulgę wchodząc do domu. Oazy spokoju. Przynajmniej teoretycznie. Bezlitosna strona praktyczna szybko zweryfikowała wszelkie bardziej optymistyczne prognozy.
W obszernej kuchni Virtanenów było cicho, jeśli nie liczyć entuzjastycznej paplaniny dzieci. Zupełnie jakby jakaś smutna aura zapanowała w całym pomieszczeniu i wszystkich zmroziła. Ivan i Blanka dyplomatycznie milczeli, wbijając wzrok w swoje talerze. Nie mieli pojęcia o co w tym wszystkim chodzi, więc postanowili poczekać na rozwój wypadków. Tiina stała przy oknie, odwrócona do reszty plecami. Janne szeptał coś do niej, gładząc uspokajająco po ramieniu. Słysząc zgrzyt klucza w zamku, odwróciła się. Nie powiedziała ani słowa. Po prostu wyszła z kuchni, demonstracyjnie wyminęła zdezorientowanego męża i oddaliła się w sobie tylko znanym kierunku. Do uszu pozostałych doszło tylko odległe trzaśnięcie drzwiami.
- Oni se svađati? – szepnęła Blanka do męża. – Zanimljivo.
Ivan pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Teška situacija, draga moja – odpowiedział. – Bijedna je ova djevojka…
Janne chyba pomyślał o tym samym, choć uwagi Chorwata nie zrozumiał. Spojrzenie, jakie utkwił w starszym bracie było pełne pretensji.
- Możesz mi powiedzieć, kretynie jeden, coś najlepszego zrobił?! – warknął na powitanie.
Tommi z trudnością stłumił jęk rozpaczy. Oczywiście, wszyscy i wszystko przeciw niemu.
- Może chociaż ty nie zaczniesz od pretensji?
- Ja niczego nie będę zaczynać. Po prostu ci przywalę, jasne? Jesteś największym palantem na świecie.
- Wielkie dzięki.
Chciał odejść, ale wyższy i silniejszy brat skutecznie go powstrzymał. Trzymając Tommiego za ramię z siłą dobrej jakości kleszczy, zmusił go do patrzenia sobie w oczy.
- Teraz pójdziesz do Tiiny – mówił dobitnie. – Wszystko jej wyjaśnisz. I masz ją przeprosić. Powinieneś ją wspierać, tyle ostatnio przeszła. A teraz jeszcze zamartwia się tobą. Żebyś jeszcze chociaż był tego wart…
- Janne, do cholery! – zniecierpliwił się Virtanen starszy. – Zamknij się wreszcie! To moja sprawa!
Janne puścił go. Poszedł sobie, mrucząc pod nosem coś, co brzmiało jak całkiem pokaźna wiązanka wyrafinowanych przekleństw. Tommi pokazał mu środkowy palec, jakby to mogło mu przynieść ulgę.
Zastał żonę w sypialni. Siedziała na łóżku ze splecionymi rękoma – w przepięknej, oskarżycielskiej pozie. Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami: z jednej strony niepewnym, z drugiej wyraźnie wrogim.
Nagle Tiina podeszła do Tommiego i zaczęła go okładać pięściami. Były to solidne uderzenia.
- Nienawidzę cię – wydyszała wściekle.
Po każdym słowie następował cios. Zdumiony Tommi cofnął się o dwa kroki, osłaniając się rękoma.
- Tiina! – krzyknął, nie wierząc w to, co się dzieje.
- Okłamałeś mnie! Och… jak mogłeś?!
Wyglądała tak, jakby naprawdę chciała zrobić mężowi coś złego. Instynktownie odepchnął ją od siebie z taką siłą, że upadła na podłogę. Odgarniając włosy z rozgorączkowanej twarzy zerwała się na równe nogi.
- Tiina, uspokój się!
- Nie uspokoję się! – wrzasnęła.
Nigdy nie widział żony w takim stanie. Przypominał mu się naukowy program o napadach szału. Chyba właśnie taki przytrafił się Tiinie.
- Proszę cię…
- Nie mów mi, co mam robić! Ty… ty…!
Wyciągała ku Tommiemu rękę w oskarżycielskim geście, jakby rzucała na niego zły urok. Nic dziwnego, że cofnął się o kolejnych kilka kroków.
- Chciałam ci pomóc. Wybaczyłam ci. Masz jeszcze coś do dodania?
- Ja wiem – przerwał jej. – Tiina, naprawdę jest mi…
- Jest ci przykro?
Zaśmiała się gorzko, nienaturalnie. Tommi spoglądał na nią bezradnie.
- Myślisz, że wszystko będzie dobrze, jeśli przyjdziesz i powiesz, że ci przykro? Przepraszam, ale chyba nie tylko ty się liczysz. Może się mylę?
Twarz Tommiego wyrażała całkowitą bezsilność. Nie wiedział, co odpowiedzieć.
- Mam tego dość – oznajmiła. – Zasługuję na normalne życie. Więcej na mnie nie licz, nie jestem Matką Teresą z Kalkuty. Od tej pory rób ze swoim życiem co chcesz, układaj je sobie jak chcesz i z kim masz ochotę. Ja podziękuję.
Tommi złapał ją za rękę, jakby bał się, że się rozpłynie, albo ucieknie.
- Nie rób tego – szepnął. – Kocham cię.
Pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Nie pojmuję takiej miłości. Dziwne, że wszystko, co złe w naszym związku, dotyka mnie. Kto znosił ciebie po pijanemu? Ja. Kto musiał tłumaczyć się wszystkim naokoło, dlaczego ciągle chodzi posiniaczony? Ja. Kto wylądował dwa razy w szpitalu przez twoją kochankę? Ja. Jakby tego było mało, zostawiłeś mnie, kiedy cię potrzebowałam. Znowu mnie zawiodłeś.
Zapadła ciężka, okropna cisza. Tiina ukryła twarz w dłoniach. Sama już nie wiedziała, co z nią jest nie tak. Czyżby była z natury naiwna?

komentarze [6]

W KWESTII >> środa, 22 lipica 2009 22:03:26
Zazwyczaj przerwy mają to do siebie, że szybko się kończą. Tiina miała wrażenie, że jest dokładnie odwrotnie. Zdawało jej się, że godzina narady dłuży się w nieskończoność. W końcu wszyscy związani ze sprawą zostali ponownie wezwani na salę rozpraw. Ponura cisza i oczekiwanie. Jaką karę otrzymają oskarżeni? Tiina nie znała dobrze przepisów prawa, sekcja karna była dla niej wręcz czarną magią. Co prawda matka Katariiny mówiła jej o przewidywanych konsekwencjach, ale, mówiąc szczerze, pani Virtanen niewiele z tych wywodów zapamiętała. Kodeksy okazały się nad wyraz zawiłe.
- Proszę o ciszę – rzucił niedbale w przestrzeń przewodniczący.
Na Sali natychmiast ucichły szmery i szepty. Niemal wszyscy obecni z uwagą wpatrzyli się w twarz prokuratora.
- Po naradzie sąd podjął następującą decyzję – zabrzmiał oficjalny, wyprany z emocji głos. – oskarżonego Ivicę Saricia skazuje się na pięć lat pozbawienia wolności. Oskarżoną Mervi Tapolę skazuje się na pół roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata. Oskarżony Ivan Klasnić zostaje uniewinniony. Wyroki są prawomocne.
Trudno byłoby opisać radość Blanki. Zazwyczaj ponura, rozpromieniła się tak, jakby ugodził ją w twarz promyk słońca. Porozumiewawczo uśmiechała się do męża; nie musieli nic do siebie mówić, żeby zrozumieć. Ivica, blady z tłumionej wściekłości, przyglądał się kobiecie z nieukrywaną nienawiścią. Gdyby wzrok mógł zabijać, Blanka padłaby już trupem.
- Ty mi za to zapłacisz – wyartykułował bezgłośnie. – Obiecuję.
Efekt był dość złowieszczy, a Blanka sporo wiedziała o słowności Ivicy. Nie przejęła się jednak całym zajściem. Być może, w innych okolicznościach, zastanawiałaby się nad tymi słowami: dziś nie. Dziś odczuwała zbyt wielkie szczęście, żeby zaprzątać sobie głowę jakimś dwumetrowym, wytatuowanym facetem. Miała ochotę pokazać mu język, niczym pięcioletnia dziewczynka.
Tiina nie odczuwała radości. Tylko ulgę. Ulgę, bo miała za sobą ten koszmar. Cała sprawa to już tylko złe wspomnienie, które utonie w podświadomości, pod natłokiem lepszych chwil w życiu… W to wierzyła.
Ktoś położył jej rękę na ramieniu. Odwróciła się; stała za nią matka Katariiny. Zwykle poważna, uśmiechała się ciepło.
- Już po wszystkim – stwierdziła pogodnie. – Nie denerwuj się.
- Dziękuję pani.
Kobieta wzięła ją za rękę i dość serdecznie uścisnęła.
- To moja praca. Drobiazg.
Sama Tiina miała poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Patrząc na Ivana i Blankę, nie mogła powstrzymać śmiechu. Zachowywali się troszkę tak, jakby Ivan wrócił do domu po dwudziestu pięciu latach katorgi na Kołymie. Zadziwiający byli ci Chorwaci. Tiina od początku wiedziała, że „mieszając się” do sprawy Ivana ma rację – teraz tylko utwierdziła się w tym przekonaniu. Miło jest przyczynić się do czyjegoś szczęścia. Zrobiła to tak naturalnie i od niechcenia, że irytowały ją nieco słowa podziękowań, które później usłyszała od obojga. Nie oczekiwała ich, nie chciała.
- Powiedzmy, że jesteśmy kwita – szepnęła na ucho Ivanowi. – Możesz mi najwyżej postawić kawę i ciasto, bo kocham i jedno i drugie.
- Nie ma sprawy. Skoro wolisz podziękowania w naturze, to proszę.



Pierwszą rzeczą, jaką po wejściu do domu Tommiego i Tiiny zrobiła Blanka, było szybkie zdjęcie kurtki i butów, żeby następnie pobiec do salonu, skąd dobiegały radosne głosy dzieci. Na propozycję Tiiny, że Janne zajmie się jej córką, przystała dość niechętnie, potem kilka razy dopytywała zbitego z tropu Fina, czy na pewno da sobie radę. Widocznie nie ufała w to, że wypielęgnowany siatkarz sprawdza się w roli opiekuna dwójki dzieci, z których jedno jest wytrwałym turystą, zwiedzającym co ciekawsze zakamarki domowe, a drugie żywym srebrem, które nie usiedzi w miejscu ani minuty. Pozory jednak często myliły: wkrótce przekonała się, że mała Vesna przetrwała te kilka godzin wcale nie najgorzej, a nawet wesoło, nie tęskniąc za mamą. Radośnie bawiła się z Samim, do którego zapałała miłością szczerą i jedyną. Dawała temu wyraz, organizując młodszemu towarzyszowi zabawki i nieustannie szczebiocąc do niego po chorwacku. Sami zapewne niewiele rozumiał z tego, co mówiła jego pierwsza adoratorka, ale nie przejął się tym zupełnie. Zyskał nie tylko towarzyszkę zabaw, ale i troskliwą opiekunkę. Janne nieźle ubawił się widokiem dziewczynki wytrwale pilnującej, aby Sami nie upadł, co zdarzało mu się dość często, jak każdemu maluchowi, który niedawno nauczył się chodzić. Trzeba było ukochanego taty, żeby to zajęcie straciło na znaczeniu. Przez resztę dnia Vesna nie odstępowała Ivana, jakby bojąc się, że ten znowu gdzieś zniknie.
- Janne, gdzie jest Tommi? – uwagę Tiiny od razu przykuł brak w pobliżu męża.
Szwagier wzruszył ramionami.
- Nie wiem, gdzieś się poniósł.
Zdziwiła się, ale prędko przestała o tym myśleć, bo czekał na nią miły gość: nieoczekiwanie wpadła do niej Katariina, a namówienie jej na odrobinę aktywności nie było w ostatnim czasie łatwe. Mogły spokojnie porozmawiać, bo Blanka i Ivan wkrótce wybrali się na spacer do parku w towarzystwie Janne i Samiego.
Katariina od pewnego czasu sprawiała wrażenie ciągle czymś zatroskanej. Widać było jak na dłoni, że perspektywa zostania matką za cztery miesiące nie napawa jej optymizmem. Wszelkie niedogodności odmiennego stanu odczuwała bardzo dotkliwie, co tylko zwiększało irytację całą sytuacją. Szczerze mówiła, że denerwuje ją w niej wszystko, nawet obszerne rzeczy, które musiała zacząć nosić. Dziś sprawiała wrażenie jeszcze bardziej ponurej.
- Mów, mów, co ci na wątrobie leży – zachęciła ją Tiina, podając szklankę z herbatą. – Co się stało?
- W sumie nic wielkiego, ale Jarkko się zmartwi… Byłam u lekarza.
- Dlaczego miałby się martwić, coś jest nie tak?
- Nie, wszystko w porządku, ale od dziś z nim nie śpię, może się wyprowadzać na kanapę.
Tiina wyglądała na zdziwioną.
- Czym ci podpadł? Jest dla ciebie bardzo dobry, aż ci zazdroszczę.
- Wyobraź sobie, że zostanę mamą bliźniaków…
Tego było dla Tiiny za dużo. Roześmiała się tak szczerze, że z oczu pociekły jej łzy i rozbolały ją mięśnie brzucha. Długo nie mogła powstrzymać nagłego napadu wesołości. Katariina westchnęła ciężko – nikt jej nie rozumiał.
- Cieszysz się, prawda?
Katariina przewróciła oczami.
- Jak cholera.
- Oj, nie gniewaj się na Jarkko. On wiedział, że w życiu nie zgodzisz się na drugie dziecko, więc postarał się od razu o dwa… Wiesz, takie ekonomiczne rozwiązanie.
- Ekonomicznie to będzie, jak cię zaraz zabiję.
- Jeśli dasz radę wstać z fotela…
Pani Hynninen wzniosła oczy do nieba, czując, jak ogarnia ją rozpacz. Faktycznie, ciężko jej było się podnieść, bardzo nie lubiła, kiedy ktoś jej o tym mówił. Tiina uśmiechnęła się i żartobliwie roztrzepała włosy przyjaciółki.
- Nie łam się, dasz sobie radę. Wiesz co, mój mąż gdzieś zginął.
- Nie denerwuj się, jest u Jarkko.
- Tak? Co tam robi?
- A, świętują zwolnienie trenera.
Tiina spojrzała na Katariinę uważniej. Mówiła lekceważąco. Świętują… Dobrze, jeśli mają okazję… Zależy jednak, jak świętują…
- Nie wiesz, czy coś piją?
- Zapewne. Wyobrażasz sobie imprezę bez wódki, albo chociaż piwa?
Tiina poderwała się z fotela. Gorączkowo sięgnęła po torebkę. Szukała telefonu, żeby zadzwonić do męża. Wiedziała, że Tommi mógł sięgnąć po alkohol w towarzystwie kolegów. Problem w tym, że jemu nie wolno było pić; nie mógł zjeść nawet kawałka ciasta z alkoholem.
- Odbierz, pajacu, odbierz – jęknęła, kiedy po dłuższej chwili telefon Tommiego milczał.
Wreszcie po drugiej stronie usłyszała głos ukochanego. Zmieniony głos.
- Halo?
- Tommi! Mów szybko, pijecie coś na tym „spotkaniu”?
Były skoczek zawahał się wyraźnie.
- Tak, chłopaki piją Koskenkorvę, a co?
- Ty… Ty nie piłeś z nimi, prawda? – dociekała.
Po raz kolejny wyczuła, że mąż waha się, nie wiedząc, co jej odpowiedzieć. Po krótkim zastanowieniu stwierdził:
- Nie.
„On kłamie, cholera”, jęknęła w duchu Tiina, „Wiem, że on kłamie…”
Głośno powiedziała co innego:
- Dzisiaj możesz nie przychodzić do domu!
- Mam wolne? – zdumiał się Tommi.
Tiina zacisnęła zęby ze złości.
- Masz eksmisję.

komentarze [13]

W SĄDZIE >> czwartek, 11 czerwca 2009 17:41:12
- Sąd będzie rozpatrywał sprawę o sygnaturze akt I 2 K 26/09. Wzywa się wszystkich do wejścia na salę.
Dźwięczny głos młodej protokolantki zabrzmiał donośnym echem w pustym i obdarzonym dobrą akustyką korytarzu. Wszyscy obecni wstali jak na komendę, by przemieścić się w kierunku wejścia na salę rozpraw, zachowując automatykę ruchów. Tiina wzięła głębszy oddech i nerwowym ruchem poprawiła włosy. Serce tłukło się jej w piersi jak szalone, miała nadzieję, że nikt nie dostrzegał, że cała drży.
Sala rozpraw kojarzyła się bardziej z teatrem, niż ze swoją jakże poważną funkcją. Szeroko pojęta "publiczność" mogła zająć znacznie większą ilość miejsc niż osoby potrzebne do przeprowadzenia sprawy. Białe ściany i proste, drewniane ławy nadawały jej wyjątkowo surowy wygląd.
Tiina usiadła, nerwowo splatając dłonie. Ukradkiem spojrzała w kierunku ławy oskarżonych. Chorwaci zachowywali kamienne twarze. Ivan nie spuszczał oczu z żony, marszcząc nieznacznie brwi, jakby nad czymś intensywnie rozmyślał. Najgorzej z nich wszystkich wyglądała Mervi: wodziła po otaczających ją osobach mętnym wzrokiem, blada i wyraźnie wystraszona. Sprawiała wrażenie osoby mającej za chwilę wybuchnąć płaczem. Pobyt na tej sali przybrał dla niej wymiar dotkliwej moralnej tortury.
- Czwarty marca, sprawa karna - zabrzmiał głos sędziego, a protokolantka natychmiast zabrała się za notowanie. - dotycząca Mervi Tapoli, urodzonej 30 lipca 1981 roku w Rovaniemi, zamieszkałej w Lahti, Ivicy Saricia, urodzonego 3 stycznia 1979 roku w Opatiji, zamieszkałego w Zagrzebiu oraz Ivana Klasnicia, urodzonego 29 maja 1979 w Rijece, zamieszkałego w Zagrzebiu. Sędzia przewodniczący: Hannu Oivanen. Oskarżyciel: Magnus Lehtinen. Obrońcy: Anette Hirvonen, Alize Hynninen. Tłumaczka: Jelena Kostanić - Ollila. Protokolantka: Leena Helmi.
Sprawdzanie, czy wszyscy mający związek ze sprawą przybyli na miejsce było procedurą przydługą i chyba niezbyt potrzebną: komplet osób, wiedzionych poczuciem obywatelskiego obowiązku, stawił się na miejscu, więc nie odłożenie przykrej rozprawy stało się niemożliwe. - Proszę świadków o opuszczenie sali rozpraw.
Sędzia poczekał, aż zatrzasną się drzwi za ostatnim z nich. Wyciągnął ze stosu papierów jeden arkusz, wziął głęboki oddech i zaczął czytać:
- Zarzuty brzmią jak następuje: zgodnie z rozdziałem dwudziestym, sekcją pierwszą kodeksu karnego oraz rozdziałem dwudziestym piątym, sekcją drugą tegoż kodeksu, oskarżonemu Ivicy Sariciowi zarzuca się pozbawienie wolności osobistej na dłużej niż siedemdziesiąt dwie godziny z zagrożeniem dla zdrowia i życia porwanej oraz o usiłowanie gwałtu na Tiinie Virtanen. Oskarżonym Ivanowi Klasniciowi i Mervi Tapoli stawia się zarzut współudziału w przestępstwie. Czy oskarżeni przyznają się do winy?
Słuchając tłumaczki, Ivica miał buntowniczą minę. Kiedy skończyła, nie wystąpił jednak przeciw współoskarżonym.
- Tak - odpowiedział zimno. Mervi spojrzała na niego przelotnie: kilka razy uniknął kary, a kłamać umiał jak mało kto. Co skłoniło go do mówienia prawdy?
- Czy oskarżeni będą składać wyjaśnienia?
Ivica udawał, że pytania nie słyszy. Mervi pokręciła nieznacznie głową i prędko ją opuściła, aby ukryć fakt, że ma oczy pełne łez. Ivan wstał.
- Co oskarżony ma do powiedzenia?
- Chciałem tylko powiedzieć, że mój udział w przestępstwie nie był dobrowolny - mówił spokojnie, rzeczowo.
- Nie był dobrowolny? - powtórzył sędzia ze zdziwieniem, kiedy tłumaczka przełożyła słowa Chorwata. - Co oskarżony ma na myśli?
- To, że mój współtowarzysz zastosował wobec mnie słowne groźby. Groził śmiercią mojej żony i córki w razie odmowy współudziału w przestępstwie.
- Nie mam więcej pytań. Powołuję na świadka pokrzywdzoną, Tiinę Virtanen.
Tiina wstała. Cała się trzęsła, a skierowane w nią zimne spojrzenie Ivicy tylko pogarszało sprawę. Nawet Mervi podniosła głowę. Przyglądała się znienawidzonej kobiecie natarczywie, chociaż sprawiało jej to okropny niemal fizyczny ból, . Dręczyła samą siebie z pełnym rozmysłem. Pojawiały się w jej głowie dziwne, niecodzienne myśli: po co zrobiła to, co zrobiła? 'Przecież ona nic mi nie jest winna", szeptała bezgłośnie, chłonąc wzrokiem zdenerwowaną Tiinę, powtarzającą drżącym głosem rotę przysięgi.
- Pani imiona, nazwisko?
- Tiina Anna Virtanen - Tiina była zaskoczona, że w ogóle udało jej się wydobyć jakikolwiek dźwięk ze ściśniętego gardła.
- Proszę mówić głośniej, nie ma się czego bać. Wiek, zawód, miejsce zatrudnienia?
- Dwadzieścia cztery lata. Jestem nauczycielką, pracuję w liceum w Lahti.
Prokurator zwrócił się do niej z kamienną twarzą:
- Co może pani powiedzieć o tej sprawie? Mogłaby pani opisać zachowanie oskarżonych?
Tiina przełknęła ślinę.
- On - podbródkiem wskazała Ivicę. Nie mogła nazwać go imieniem. - był najbardziej wobec mnie agresywny...
- Zatem mogłaby pani potwierdzić zeznania funkcjonariuszy policji, z których wynika, że Ivica Sarić stosował wobec pani przemoc, jak wykazała obdukcja, wielokrotnie?
- Tak.
- Co może pani powiedzieć o próbie gwałtu, jakiej dopuścił się oskarżony?
O tym mówić nie mogła. Spuściła głowę. Nieoczekiwanie z oczu pociekły jej łzy. Matka Katariiny zmarszczyła brwi.
- Sprzeciw! - zaprotestowała zdecydowanie. - Z uwagi na stan psychiczny pokrzywdzonej proszę o nie zadawanie jej tak dociekliwych pytań. Próba gwałtu została zapisana w akcie oskarżenia, sam oskarżony nie zanegował tego.
- Sąd uchyla pytanie prokuratora.
Prokurator jakoś się zreflektował; obrzucił Tiinę spojrzeniem niemal życzliwym, zadając kolejne pytanie:
- Jak może pani opisać zachowanie oskarżonego Ivana Klasnicia i Mervi Tapoli? Czy ich stosunek do pani osoby w jakiś sposób różnił się od tego, który opisywała pani wcześniej?
Tiina wytarła oczy i nos. Czuła okropne upokorzenie, choć zakrawało to na irracjonalność.
- Tak, różnił się bardzo. Ivan był dla mnie... powiedzmy, życzliwy. Często bronił przed agresją ze strony pozostałych... i zapewne uratował mi życie, bo to on poprosił mojego męża, aby ten zawiadomił policję. O pani Tapoli nie mogę nic powiedzieć...
Podczas, gdy to mówiła, Ivica drgnął, jakby ugodził weń prąd elektryczny. Ivan pobladł. Gdyby wzrok mógł zabijać - padłby w tym momencie trupem.
- Znane są pani motywy oskarżonego? Sama pani przyzna, że zachowywał się dość nietypowo jak na przestępcę - porywacza.
- Nie, nie znam ich.
- Pytała pani o to?
- Tak, ale udzielał bardzo niejasnych odpowiedzi.
- Nie mam więcej pytań. Proszę o powołanie na świadka Blanki Klasnić.
- Sąd wzywa na świadka Blankę Klasnić - zawołała protokolantka.
Chorwatka weszła do sali szybkim krokiem. Usiadła w wyznaczonym dla siebie miejscu, spokojna, chłodna i ponura.
- Proszę wszystkich o powstanie. Świadka proszę o powtarzanie za mną roty przyrzeczenia...
Blanka z tym samym metodycznym spokojem powtarzała za tłumaczką odpowiednią formułkę. Na jej twarzy nie drgnął nawet najmniejszy mięsień.
- Pani imiona i nazwisko? - zwrócił się do niej przewodniczący.
- Blanka Petra Klasnić.
- Wiek, zawód, miejsce zatrudnienia?
- Dwadzieścia dwa lata, opiekunka do dzieci. Przebywam na urlopie wychowawczym.
- Jest pani spokrewniona z którymkolwiek z oskarżonych?
- Ivan Klasnić jest moim mężem.
- Co pani wiadomo w tej sprawie?
- Ivica Sarić pojawił się w miejscu zamieszkania moim i męża dwudziestego piątego grudnia - zaczęła. - Nie uczestniczyłam w rozmowie, którą odbył z moim mężem, ale słyszałam ją. Mogę potwierdzić słowa Ivana, groził mu. Później, po aresztowaniu, także mnie, choć nie bezpośrednio, a przez kolegów...
Prokurator przyjrzał się Chorwatce z o wiele większą uwagą niż na początku.
- Jakie były to groźby i co świadek ma na myśli, mówiąc "koledzy"?
- Otrzymywałam listy i telefony z pogróżkami. W ich treści zawierały się często słowa o "zemście za Ivicę"... a także szantaż. Pisano o uśmierceniu mojej córki, jeśli zdecydowałabym się zeznawać w tym procesie. Oskarżony należy do zorganizowanej grupy przestępczej. Część jej członków została osądzona za wyłudzenia wielkiej kwoty pieniędzy od przedsiębiorcy bankowego z Zagrzebia, Stiepana Novaka.
- Czy oskarżony Ivica Sarić zasiadał na ławie oskarżonych w tym procesie?
- Tak. Został uniewinniony z powodu... ekhm... braku przekonujących dowodów na jego udział w przestępstwie.
- Mówiła pani o poważnie brzmiących groźbach pod adresem pani i pani męża. Dlaczego więc oboje zdecydowaliście się narazić całej zorganizowanej grupie?
Blanka odrzuciła długie włosy do tyłu nieco dumnym gestem. Spojrzenie, jakim przewiercała twarz sędziego było skupione i zimne.
- W tym przypadku, a zapewne także i męża, decydują względy moralne. Nie mogę pozwolić, aby ktoś winny uniknął kary, zwłaszcza, jeśli jestem w stanie coś zrobić w tej sprawie...
- Nie boi się pani?
- Nie.
- Nie mam więcej pytań.
Przesłuchano jeszcze kilku świadków, przedstawiono wiele dowodów. Tiina miała ochotę uciec z tej okropnej, dusznej sali, a Mervi trwała w cichej rozpaczy. Po wyczerpaniu dowodów przewód sądowy został zamknięty - ku uldze pani Virtanen. Udzielono głosu stronom. Adwokatka Ivicy zwróciła się do Blanki:
- Jaki ma pani dowód na to, że to mój klient powodował groźby pod adresem pani i pani męża?
- Przytaczałam treść anonimów. Są dość wymowne, nie uważa pani?
- Nie pani jest tu od zadawania pytań - pouczyła Chorwatkę mecenas. - Na dowód mamy pani słowa, nic więcej...
Blanka aż przybladła z wściekłości. Anette Hirvonen irytowała ją zresztą, nie wiadomo dlaczego. Jadowite słowa przelały czarę goryczy: chorwacka krew zawrzała, kobieta ledwo powstrzymała potok niemiłych słów, gwałtownie cisnących się na usta.
- Chyba przyda się pani wizyta u laryngologa lub okulisty - wycedziła zimno. - Anonimy zostały przedstawione jako dowód rzeczowy, jako potwierdzenie moich słów. Co do mojego męża... nie mam powodu mówić, że coś słyszałam, jeśli nie słyszałam. Pouczono mnie tutaj o konsekwencjach składania fałszywych zeznań.
- Proszę się uspokoić! - przewodniczący stracił cierpliwość. - Jest pani w sądzie!
- Przepraszam - rzuciła, choć w jej głosie daremnym było szukanie jakiejkolwiek skruchy. - ale niedługo pani adwokat zarzuci wszystkim obecnym rozdwojenie jaźni i powie, że oskarżony wcale nie dopuścił się przestępstwa, bo wypasał w tym czasie owce w Opatiji...
Niemal wszyscy obecni nagle znaleźli sobie interesujące punkty na suficie i ścianach lub zaczęli przyglądać się swoim butom, aby ukryć śmiech. Nawet Tiina pozwoliła sobie na uśmiech. Blanka jednak nie żartowała - pokazała, że ma charakter i potrafi celnie ugodzić sarkazmem.
- Zaskakuje mnie pani znajomością prawa - mruknęła zjadliwie mecenas.
- Proszę nie schodzić z tematu. O co wnosi obrońca oskarżonego?
- Wnoszę o zmniejszenie wymiaru kary dla klienta, z uwagi na nieprzekonujący materiał dowodowy w sprawie podżegania do przestępstwa.
- Oddaję głos obrońcy oskarżonego Ivana Klasnicia.
- Cóż, w moim pojęciu materiał dowodowy przedstawiony w sprawie jest wystarczający - Alize Hynninen obrzuciła "koleżankę" po fachu spojrzeniem, które parzyło. - Na jego podstawie wnoszę o całkowite uniewinnienie klienta. Bądźmy ludźmi. Myślę, że każdy postawiony w jego sytuacji zachowałby się podobnie. Oskarżony nie miał w tym wypadku wyboru, groźby nie dotyczyły błahostek.
- Sąd uda się na naradę. Ogłaszam przerwę.
Tiina odczuła niesamowitą ulgę po wyjściu z sali rozpraw. A więc już po wszystkim, trzeba czekać na ogłoszenie wyroku. Blada jak ściana, opadła na krzesło i ukryła twarz w dłoniach. Znowu się rozpłakała - wytrzymała już tego dnia niemało.
- Niech pani się uspokoi - zabrzmiało to szorstko, prawie jak rozkaz. Jednak w twarzy Blanki Tiina wyczytała pewną dozę ciepła i współczucia. Przyjęła ofiarowaną jej chusteczkę.
- Dziękuję - wykrztusiła.
- Niech pani nie płacze, nie warto - Chorwatka nieoczekiwanie uśmiechnęła się prawie przyjaźnie. - Ivicę na pewno zamkną, nawet jeśli ta... twierdzi, że dowody są niewystarczające. Lazljiva bjedna, izdajnička... - nie dokończyła.

komentarze [3]

BLANKA >> sobota, 2 maja 2009 21:25:11
Tiina ze stoickim spokojem spacerowała po peronie w ramach zapewniania Samiemu rozrywek. Co jakiś czas odruchowo spoglądała na zegarek. Ciągłe spóźnienia pociągów były jednym z powodów jej antypatii do tego rodzaju transportu: nienawidziła niepunktualności. Pokręciła głową z dezaprobatą. Oczywiście gdyby pociąg, na który czekała, przyjechał na czas, śmiało mogłaby wywiesić za oknem narodową flagę i rozpocząć świętowanie. Na to się jednak nie zanosiło.
- To nie jest śmieszne, synu - rzekła na poły karcąco, na poły żartobliwie do standardowo zadowolonego z życia Samiego. - Uszanuj cierpienie mamy, dołuj się razem z nią...
Syn wyrodny okazał permanentne niezrozumienie dla bólu swojej naukochańszej mamusi. Widocznie żywił do kolei całkowicie odmienne uczucia. Choć został spacyfikowany przez kombinezon radzieckiego astronauty i szelki w wózku, usiłował wychylić się trochę, by w spokoju kontemplować widok śmiesznych, stalowych gąsienic. Intrygowały go one do tego stopnia, że zapomniał nawet o przyczepionym do swojego pojazdu zielonym baloniku. W ten sposób żywot napełnionego helem kawałka gumy został ocalony, bowiem pierwotnie Sami najwidoczniej zamierzał dostać go w swoje ręce i zgnieść. Wobec cudów transportu, balonik w spokoju kołysał się na wietrze, nie zaszczycany nawet spojrzeniem młodego Virtanena. Swoim zwyczajem, maluch prowadził entuzjastyczny monolog w narzeczu wietnamskiego z elementami mowy rodzimej, dziwiąc się mamie, że jego radosnego nastroju nie podziela. Jakoś nie mogli się tego dnia dogadać.
Im bliżej było do rozprawy, tym Tiina czuła się gorzej. Dawno już nie bała się tak, jak teraz. Obawiała się spotkania twarzą w twarz z Ivicą i Mervi. Na tę kobietę reagowała tylko głęboką urazą, Chorwat wzbudzał w niej autentyczne przerażenie. Wolała nie oglądać go już nigdy w życiu. Dla własnego bezpieczeństwa. Jedynym pozytywnym aspektem całej sprawy były zabiegi o uiewinnienie Ivana. Na dodatek jego żona zgodziła się przyjechać do Finlandii, choć pani Virtanen miała dziwne wrażenie, że zrobiła to bardzo niechętnie. Uznała wówczas, że nacja chorwacka składa się z ludzi - zagadek. Dało to Janne okazję do żartów: stwierdził, iż zapewne noszą oni przy sobie różowe pudełeczka z diabełkami na sprężynkach w środku, które wyskakują przy każdej możliwej okazji z okrzykiem "niespodzianka". Cała rodzina zaśmiewała się z tego do rozpuku.
Z głośników zabrzmiał charakterystyczny dla stacji kolejowych, wygłaszany przewlekłym i nudnym głosem komunikat. Po chwili pociąg zatrzymał się na stacji. Tiina uważnie zaczęła się rozglądać wśród tłumu przyjezdnych. Złorzeczyła w duchu na swoje sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu: gdyby mierzyć tyle, co na przykład Janne zadanie zostałoby ułatwione. W sukurs przyszło jej co innego, a mianowicie język chorwacki. Kojarzył się on Tiinie źle. Nieświadomie zaznajomiona z jego wulgarną odmianą, wzbogaconą ciekawie akcentowanym dialektem czakawskim w ustach Ivicy, uważała go za wyjątkowo ordynarny. W tym momencie cieszyła się jednak, że już gdzieś ten "bełkot" słyszała i może odróżnić.
Chorwatka wysiadła z pociągu powoli, jakby bojąc się tego, co ją spotka w nieznanym kraju. Na ręku trzymała dziewczynkę, podobną do Cyganiątka ze swoją ciemną cerą, oczami i kręconymi włoskami. Mała obejmowała ją za szyję, tuląc policzek do ramienia mamy. Blanka rozglądała się wokół siebie nerwowo, wręcz gorączkowo. Widocznym było, że czuje się zagubiona wśród zbiorowiska ludzi, których języka i mentalności nie rozumiała. Kiedy dojrzała i poznała Tiinę, na jej twarzy zjawił się wyraz jakby cichej ulgi.
Pani Virtanen przyglądała się jej z tą ciekawością, z jaką dziewczynka podczas pierwszego dnia na koloniach obserwuje potencjalne nowe koleżanki. Wysoka, prosta, silna, żona Ivana zdawała się być uosobieniem sił witalnych i zdrowia. Czarne, imponującej długości włosy byle jak splotła w warkocz, opadający na szerokie, okryte czerwoną kurtką z ortalionu plecy. Śniadą twarz o pospolitych rysach śmiało wystawiała na działanie słońca i wiatru. Sposób, w jaki trzymała odkrytą głowę pozwalał myśleć, że ma się do czynienia z osobą dumną. pełną temperamentu. Pełne ciepła, łagodności i spokoju spojrzenie orzechowych oczu, przywodzących na myśl słynną na Bałkanach piosenkę o Jelenie, mocno łagodziło czupurny wizerunek całej postaci. W wyrazie tej niepięknej, ale szlachetnej nie było ani szczęścia, ani nawet spokoju: wyzierała z niej dojmująca, choć ani słowem nie zdradzona troska. Zamyśliła się nie o rzeczach miłych i pomyślnych; dumała raczej nad czymś budzącym niechęć czy strach.
Tiina energicznie podeszła bliżej. Podała kobiecie rękę, uśmiechając się tym ciepłym uśmiechem, który zawsze zjednywał jej sympatię ludzi.
- Miło mi panią poznać - rzekła serdecznie. - Nazywam się Tiina Virtanen.
- Ja nazywam się Blanka Klasnić - Chorwatka miała miły dla ucha, niski głos.
W tym momencie był on zupełnie pozbawiony wyrazu, a zachowanie cokolwiek chłodne. Tiina poczuła się nieswojo. Miała wrażenie, że Blanka żywi do niej z góry przewidzianą niechęć. Jak każda niesprawiedliwość, ubodło ją to. Pomyślała, że chyba tej kobiety nie polubi.
- Pokaże mi pani, gdzie mogę znaleźć jakiś hotel? - żona Ivana rozpoczęła rozmowę, gdy szły wzdłuż peronu.
- Chciałam panią ugościć u siebie. Obiecałam Ivanowi, że zapewnię pani wszystko, czego potrzeba w czasie pobytu tutaj...
Blanka komicznie zmarszczyła nos.
- Nie chcę robić kłopotu.
- Nie ma o czym mówić! - zaprotestowała żywo Tiina. - Skoro to wszystko wymyśliłam, to zajmę się całą sprawą. Niech się pani niczym nie martwi. Miejsce zawsze się znajdzie, a mój synek ucieszy się z towarzystwa - dodała z uśmiechem.
Kiwnęła obojętnie głową, być może trochę uspokojona.
- Rozmawiała pani z Ivanem? - zainteresowała się nagle. - Gdzie on jest?
- W Espoo. Pojedziemy tam jutro. Co do sprawy, to istnieje duża szansa, że zostanie uniewinniony. Wiele zależy od naszych zeznań i od tego, jak będzie bronić się Ivica i ta kobieta...
Po raz pierwszy oczy Blanki nie były tak porażająco obojętne. Tiina niemal przestraszyła się zawziętości, jaka w nich zapłonęła na wzmiankę o porywaczu - amatorze.
- On ma prawo do obrony? - wybuchnęła. - A kto był wszystkiemu winien? Ivica, Ivica, zawsze Ivica - powtarzała, jakby mełła przekleństwo. Zapiekła niechęć, wręcz nienawiść zburzyła w niej barierę narzuconej sobie sztucznie powściągliwości.
Przez chwilę obie milczały.
- Czy... ktoś pani groził? - zapytała nieśmiało Finka.
- Tak - przyznała ponuro Blanka. - Ivica ma kolegów tam, gdzie to przydatne. Nie boję się go. Kto przeżył wojnę ten nie przestraszy się jednej gnidy. Chodzi mi tylko o córkę. Miałam zamiar wyjechać do rodziny, do Serbii. Niewiele by to chyba mi pomogło, wspaniały kryminalista posiada znajomości i tam. Cieszę się, że tu jestem i będę mogła powiedzieć wszystko, co o nim wiem. Wiem naprawdę sporo.
- To tak, jak Ivan - wyrwało się Tiinie. - Dziwi mnie to: tyle ryzykował, a jednak uratował mi życie.
- Po prostu nie może obojętnie patrzeć na cierpienie. Taki już jest. Sama mówiłam mu, żeby pomagał pani, czym będzie można, ale nie wiedziałam, że posunie się tak daleko. Nie doceniłam go.
W jej głosie brzmiała jakby duma.
W miarę upływu czasu zachowanie Blanki nie uległo zasadniczej zmianie. Poza nagłym wybuchem złości i wynikającą z tego krótką chwilą szczerej rozmowy nie powiedziała nic, co wykraczałoby poza konwencję. Posępna i zadumana, z własnej woli nie odezwała się ani razu, a zapytana o coś udzielała zwięzłych, chłodnych odpowiedzi. Z Tommim zamieniła kilka słów, Janne został zupełnie zignorowany, co niezbyt przypadło mu do gustu.
- Nie uważasz, że nasza nowa znajoma jest troszkę... Dziwna? - Janne zapytał brata o opinię, zmywając naczynia po kolacji.
Tommi parsknął śmiechem.
- Po prostu nie możesz ścierpieć, że jakakolwiek kobieta ma twój urok w głębokim poważaniu - nauczycielskim tonem zwrócił bratu uwagę. - Dajże spokój tej kobiecie, na pewno jest zmęczona i oszołomiona tym wszystkim.
- Kobiety są zdecydowanie niereformowalne. Chorwatki zwłaszcza.
- Z ciebie też znawca od siedmiu boleści... Zmywaj i spadaj do łóżka, bo się przed treningiem nie wyśpisz.
Nieświadoma opinii o sobie Blanka przewracała się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Czuła dziwny, wewnętrzny niepokój, który sprawiał, że nie była zdolna spokojnie uleżeć: miała ochotę gdzieś biec, zająć czymkolwiek ręce. Księżyc w pełni świecił wyjątkowo mocno. Gdzieś tam, daleko, w miejscowości o dziwnej nazwie, Ivan być może spoglądał na ten sam księżyc. O czym myślał? Czy o tym samym co ona? Dwie duże łzy spłynęły po policzkach Blanki. Czuła się smutna jak nigdy. Gdzieś w zakamarkach świadomości tłukła się natrętna myśl:
"Za co to wszystko, Boże, za co?"
komentarze [5]

WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE >> sobota, 21 marca 2009 20:42:51
Starając się skupić na drodze, Tommi nie mógł powstrzymać się przed rzucaniem żonie od czasu do czasu ukradkowych, badawczych spojrzeń. Tiina udawała, że tego nie dostrzega. Milczała uparcie, wpatrując się w jakiś odległy punkt. Takiego chłodu między małżonkami nie wyczuwało się od dawna: sugerowana przez Katariinę rozmowa skończyła się kłótnią, w typowo włoskim stylu. Wbrew przewidywaniom niezawodnej pani Hynninen, Tommi nie potrafił wyperswadować małżonce jej pomysłu: niewzruszenie trwała przy swoim i jakiekolwiek złorzeczenia, tłumaczenia czy kataklizmy nie mogły zmusić Tiiny do zmiany zdania. Od dzieciństwa przejawiała nad wyraz rozwinięte poczucie sprawiedliwości, ponadto będąc z natury wrażliwą, nie mogła znieść czyjejś niezasłużonej krzywdy. Pewność tego, że Ivan nie mógł zgodzić się na współpracę z okrutnym Ivicą dobrowolnie i z rozmysłem ciągle w niej rosła, w miarę rozmyślań nad całą sprawą. Postanowiła działać, spłacić olbrzymi dług wdzięczności wobec człowieka, który uratował jej życie. Ku zdumieniu męża, okazała się jak nigdy zdeterminowana i konsekwentna.
Virtanen westchnął cicho na wspomnienie wieczoru przed trzema dniami. Jarkko czasem śmiał się z niego, nazywając pantoflarzem; miał rację. Żona mogła z nim zrobić, co chciała i czasem bezlitośnie z tego korzystała. Tommi nieodmiennie patrzał na Tiinę oczyma zakochanego chłopaka. Nie dowierzał swojemu szczęściu, bojąc się, żeby nie okazało się mydlana bańką. Bał się każdej kłótni, swojego temperamentu, który mógł w każdej chwili wybuchnąć. Dlatego najczęściej ustępował. W tym wypadku także nieco złagodził swoje stanowisko: zgodził się zawieźć żonę do Espoo. Uznał, że sprzeczka z Tiiną i jej milczenie to wysoka cena, jaką musiał za to wszystko zapłacić.
- Tiina – zagadnął ostrożnie – spójrz na mnie.
Nadzwyczaj posłusznie odwróciła twarz od okna. Jej spojrzenie nie miało w sobie nic z serdeczności i miłości, z jaką zwykle patrzyła na męża. Było chłodne i skupione.
- Jesteś pewna, że dobrze robisz?
- Tak – odpowiedziała krótko i sucho, widocznie nie miała ochoty wdawać się w kolejną dyskusję.
Tommi westchnął cicho.
- Kochanie... Nie powinnaś się do tego mieszać. To przestępca, nie można mu pomóc.
Tiina tylko pokręciła głową.
- Daj już z tym spokój. Nie zmienię zdania.
- Dobrze, więc w jaki sposób go z tego wyciągniesz? Pomoc w porwaniu to poważna rzecz.
- Pani Alize mówiła mi, że jeśli istnieją jakieś okoliczności łagodzące, to może dałoby się coś zrobić. Zamierzam z nim porozmawiać, dowiedzieć się...
- Czego? – Virtanen spojrzał na żonę bystro.
Zacisnęła usta i spuściła oczy. Widocznie się zmieszała.
- To się okaże – odparła zagadkowo.
W tym czasie zdążyli już przybyć na miejsce. Tommi wprawnie zatrzymał samochód, dając znak żonie, że może wysiadać.
- Iść tam z tobą? – zapytał, bardziej dla przyzwoitości niż dlatego, że naprawdę miał ochotę towarzyszyć Tiinie.
- Nie musisz, jeśli nie chcesz – stwierdziła rzeczowo.
W duchu odetchnął z ulgą. Pocałował żonę, jakby chcąc dodać jej otuchy.
Więzienie dystryktu Espoo robiło bardzo solidne, ponure wrażenie. Tiina poczuła się przytłoczona i przygnębiona atmosferą tego miejsca. W pewnym sensie współczuła tym, którzy musieli tu przebywać; droga do melancholii i depresji była prosta niczym przez Morze Bałtyckie.
Odbywszy rzeczową rozmowę ze strażnikami, udała się do celi Ivana, prowadzona przez jednego z tych „cerberów”. Czuła ogromne zmieszanie i trochę lęku.
Nagle zrobiło jej się ogromnie żal Chorwata. Siedział na twardym krześle w dość melancholijnej pozie, opierając policzek na dłoni. Zapewne zajmowały go ponure myśli, ale twarz absolutnie tego nie zdradzała; pozornie wydawał się zupełnie zobojętniały na wszystko.
Na widok Tiiny obojętność zastąpiło szczere zdumienie.
- Co tu robisz? – zawołał, odruchowo po chorwacku.
Zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc. Zreflektował się.
- Pytałem, co tu robisz – powtórzył ciszej, łagodniej i zrozumiale dla Tiiny.
Tiina zrobiła kilka kroków naprzód. Podała mu rękę, którą dość serdecznie uścisnął.
- Chciałabym z tobą porozmawiać – zaczęła spokojnie. – Mogę?
- Ty, ze mną? O czym?
Zawahała się. Nie wiedziała, jak mu powiedzieć o swoich zamiarach.
- Ivan, ja... Mam wobec ciebie wielki dług wdzięczności. Uratowałeś mi życie. Powiem szczerze, twoja sprawa nie daje mi spokoju. Chcę cię stąd wyciągnąć, bo... Nie wierzę, że mogłeś tak zgodzić się na współpracę z tym pomyleńcem, po prostu nie wierzę!
Chorwat westchnął i uniósł brwi. W jego szczerych, brązowych oczach pani Virtanen dostrzegła błysk nieufności. Wbrew temu rzekł:
- Dobrze. Wszystko ci opowiem. Może to zabrzmi banalnie, ale od dzieciństwa byłem pozostawiony samemu sobie, taki biezprizornyj, jakby to powiedzieli Rosjanie. Z kolegami wcale nie przejmowaliśmy się tak zwanym dobrym prowadzeniem się – wagary, papierosy i kradzieże to była codzienność. Tuż po maturze poznałem Ivicę. Zaprzyjaźniliśmy się, nie powiem. Ivica należał do grupy zwykłych kryminalistów, wyłudzali pieniądze od biznesmenów z Zagrzebia i tym podobne... Nawet nie chcę o tym wspominać. Wciągnąłem się w to i z tego żyłem, przez kilka lat. Nagle wszystko się zmieniło – znowu banał. Po prostu zakochałem się. Blanka to cudowna kobieta, taka dobra... Myślałem, że kiedy dowie się prawdy o mnie, nie będzie chciała mnie znać. Jednak nie zrobiła tego, uświadomiła mi, jak bezsensowne jest dalsze marnowanie życia w taki sposób, pokazała, że nie jestem i nie byłem zły, tylko głupi. Zmieniłem się, bo ją kocham. Wzięliśmy ślub, urodziła się nasza córka. Myślałem, że będę żył normalnie po tym, jak zerwałem wszelkie kontakty z Ivicą i jego otoczeniem. Niestety, pewnego dnia pojawił się u mnie z tą Finką. Ani mi się śniło im pomagać...
- Więc czemu to zrobiłeś? – zapytała łagodnie Tiina.
- Ivica po prostu zagroził mi, że zabije moją żonę i córkę. Możesz myśleć, że chciał mnie zastraszyć; ja wiem, że zrobiłby to bez skrupułów. Jest bezwzględny. Najnormalniej w świecie nie chciałem stracić swojej rodziny. Jednak w obecnej sytuacji nie wiem, czy zapewniłem jej bezpieczeństwo. Łapy Ivicy sięgają znacznie dalej niż mury tego więzienia. Bardzo boję się tego co będzie, jeśli jego koledzy wykonają tę robotę za niego. Rozmawiałem z żoną kilka razy. Słyszę, że jest wystraszona, chociaż nie chce się do tego przyznać...
Głos Ivana nagle jakoś się załamał. Westchnął ciężko. Tiina powoli położyła mu rękę na ramieniu, nie bardzo wiedząc, jak wyrazić przepełniające ją współczucie.
- Posłuchaj... Rozmawiałam z prawniczką. Powiedziała mi, że jeśli istnieją jakieś okoliczności łagodzące, to jest szansa na uniewinnienie dla ciebie. Widzę, że okoliczności się znalazły, to dobrze. Twoja żona musiałaby jednak zeznawać, ona dużo wie. Rozprawa już niedługo. Mogłaby przyjechać do Finlandii? Ja osobiście postaram się zapewnić jej wszystko czego będzie potrzebowała w czasie pobytu tutaj.
Chorwat po raz kolejny wydawał się zdziwiony.
- Pamiętasz, kiedyś zadałaś mi pytanie, dlaczego to robię? Powtórzę je teraz.
Tiina uśmiechnęła się.
- Bo takich rzeczy nie załatwisz zwykłym „dziękuję” – odparła. – Poza tym, widzisz, nie jesteś niczemu winny. Nie zasłużyłeś na traktowanie ciebie na równi z Ivicą, który jest dupkiem. Tylko tyle.
Ivan z wysiłkiem odwzajemnił zaraźliwy uśmiech Tiiny.
- Wszystko będzie dobrze – dodała serdecznie. – Zobaczysz.


komentarze [3]

KWESTIE ETYCZNE >> niedziela, 30 listopada 2008 00:09:49
Przenikliwy wschodni wiatr zawodził w koronach drzew, niczym cała zgraja potępionych dusz. Był piątek, z rodzaju tych ponurych i zimnych, kiedy dopada nas dziwny smutek i wszystko idzie nie tak. Babcia Tommiego nazywała takie dni dniami „mrocznie przygnębiającymi”. Tiina zgadzała się z nią w każdym punkcie. Czuła wyjątkowe zmęczenie minionym tygodniem. Nużyło ją monotonne domowe obowiązki, które zdawały się nie kończyć. Swojemu niezadowoleniu niejednokrotnie dawała wyraz, co na własnej skórze odczuli Tommi i Janne. Nawet synek jej nie oszczędzał: nabawił się przykrego zapalenia ucha i domagał się, aby to najukochańsza mama łagodziła jego cierpienia o każdej porze dnia i nocy.
Praca także nie przynosiła Tiinie ukojenia. Wręcz przeciwnie. Spotykała się tam przecież z Miką. Zawsze, kiedy wchodził do pokoju nauczycielskiego, ona szukała sobie jakiegoś zajęcia i wychodziła. Dwa czy trzy razy nie miała innego wyjścia, jak przebywać z nim w jednym pomieszczeniu. Sądziła, że oboje będą czuli się niezręcznie w swoim towarzystwie. Wyglądało na to, że tylko Tiina jest spięta. Mika zachowywał się swobodnie i uprzejmie, rozmawiając z nią bardzo powściągliwie, jak z nową znajomą.
Przekonała się jednak, że to tylko pozory. Pewnego ranka podała mu szklankę z herbatą i ich ręce zetknęły się na chwilę. W pociemniałych nagle oczach Miki dostrzegła rozdzierającą udrękę i żal, który sama odczuwała. Chwilę później jego twarz przybrała chłodny, obojętny wyraz.
- Dziękuję – powiedział chłodno i więcej na nią nie spojrzał.
W tej chwili Tiina czuła się tak, jakby z wyrafinowanym okrucieństwem zamordowała kogoś niewinnego i za późno zdała sobie z tego sprawę. Poczucie winy zwiększyło się do horrendalnych rozmiarów, kiedy usłyszała gorzkie wyrzuty od swojej dobrej koleżanki, Tarji. Młoda, bezpośrednia dziewczyna nie ukrywała, że Mika robi na niej wrażenie. Nie wiadomo, czy dowiedziała się, czy może domyśliła, co zaszło między przyjaciółmi. Dość powiedzieć, że temperament Tarji zapłonął buntowniczo przeciw Tiinie i nie omieszkała powiedzieć jej w dość ostrych słowach, co myśli o tak okropnym postępowaniu. Pani Virtanen nie miała nawet siły oponować. Wróciwszy do domu, po raz kolejny płakała z żalu i bezsilnej złości. Nikt nie mógł jej w pełni zrozumieć i pocieszyć, nawet Tommi. Trochę żałowała, że dowiedział się o całej sprawie: relacja brata wywołała w nim prawdziwą żądzę mordu na Hakinenie. Tylko łzy i perswazje żony powstrzymały go od wprowadzenia swoich zamiarów w czyn.
Nic dziwnego, że Tiina powitała piątek z wielką ulgą. Wieczorem zaprosiła Katariinę na herbatę, nie miały bowiem ostatnio czasu na to, by po prostu usiąść i pogadać. Ich spotkanie można było spokojnie nazwać babskim wieczorem, bowiem Tommi i Jarkko wybrali się do siatkarskiej hali, aby obejrzeć Janne w akcji. Młodszy Virtanen miał pokazać swój talent w meczu z klubem z Tampere. Tiina nie mogła pozwolić sobie na wyjście, więc poczynania szwagra śledziła w telewizji. Odkąd Finowie spuścili łomot wicemistrzom świata i kilku innym wyżej notowanym ekipom, fani siatkówki mieli luksus transmisji spotkań ligowych. Panie rozsiadły się wygodnie w fotelach, bezwstydnie zajadając lody bakaliowe wprost z pudełka. Oglądały mecz nawet dość uważnie i poświęciły wiele uwagi co przystojniejszym samcom na boisku.
- Muszę ci powiedzieć, że twój szwagier także niczego sobie – orzekła Katariina, po zlustrowaniu Janne, który atomową zagrywką wgniatał przyjmującego w parkiet.
- Owszem, w końcu to brat mojego męża, nie? O, zobacz, atakował ten fajny szatyn.
- To Sammelvuo, ignorantko! Nie zmienia to jednak faktu, że całkiem całkiem...
Obie parsknęły śmiechem.
- Ciekawe, co powiedzieliby nasi mężowie, jakby nas teraz usłyszeli – zastanowiła się Tiina.
- No co? Ja tam muszę się wyluzować, za kilka miesięcy czeka mnie zmienianie pieluch i karmienie małego, rozwrzeszczanego potworka. Ciemna strona zasłania wszystko. Nie widzę przyszłości.
- Co?!
- Yoda tak mówi.
Tiina wzruszyła ramionami i poprawiła Samiemu kocyk. W tej chwili zabrzmiał dzwonek do drzwi. Sfrustrowana matka pozwoliła sobie na siarczyste „vittu”, bowiem przeraźliwy dźwięk obudził dziecko.
- Otwórz, dobrze? – zwróciła się do przyjaciółki, a sama zajęła się uciszeniem potomka.
Katariina zniknęła na chwilę w mroku korytarza. Odbyła przy drzwiach krótką rozmowę, po czym wróciła do salonu, triumfalnie dzierżąc w dłoni kopertę.
- Kto to był?
- Listonosz. Przyniósł jakiś list do ciebie.
- O tej porze? – zdziwiła się Tiina. – Potrzymaj Samiego, przeczytam to.
Energicznym ruchem rozerwała kopertę. Zawierała ona jakieś pismo urzędowe, krótkie i rzeczowe. Czytając je, Tiina poważniała, a między brwiami zjawiła jej się poprzeczna zmarszczka. Nie odzywając się, odłożyła papier na stół i usiadła. Przez kilka minut nad czymś wytrwale myślała.
- Halo, Tiina, jesteś tu jeszcze? – zawołała Katariina. – Co się stało?
- Nic... Słuchaj, znasz się na prawie?
Katariina otworzyła oczy ze zdumienia.
- Ja? Nie, ale moja mama jest z zawodu prawniczką.
- Mogłabyś zapytać ją o coś w związku z pewną sprawą? Widzisz, dostałam wezwanie do sądu na proces tych Chorwatów i chciałabym wiedzieć...
Przez kolejnych kilka minut mówiła przyjaciółce o Ivanie, a Katariina dziwiła się coraz bardziej. Kiedy Tiina skończyła, pani Hynninen zapytała całkiem poważnie:
- Czy ty coś brałaś?!
- Nie – Tiina przewróciła oczami. – Chcę mu pomóc, rozumiesz?
- Oryginał, jak mamę kocham. Pierwszy raz słyszę, żeby...
- Kobieto bez serca! – brutalnie przerwała jej przyjaciółka. – Gdyby nie ten Chorwat, to mogłabyś co najwyżej zapalić świeczkę na moim grobie od czasu do czasu.
- Kobieto bez rozumu! Czy to normalne, żeby wyciągać za uszy z bagna faceta, który brał udział w twoim porwaniu?
Pani Virtanen potrząsnęła głową.
- Nie rozumiesz. To dobry człowiek, wiem o tym.
- Cóż, nigdy nie miałam twojej empatii. Dobrze, dowiem się od mamy, jak to wszystko wygląda, niech ci będzie. Ale poczekaj, coś za coś: ty porozmawiasz jeszcze o tym z Tommim. Jeśli ktoś będzie mógł wybić ci to z głowy, to on.
„I wszystko się wali na moją biedną głowę”. – pomyślała nostalgicznie Tiina. Na boisku Janne zmiażdżył kolejne niewiniątko...

komentarze [3]

ZABRANJENA LJUBAV >> niedziela, 12 października 2008 13:43:06
- Był to długi i prozaiczny dzień - stwierdził Mika, szeroko przy tym ziewając.
Tiina uśmiechnęła się tylko. Roześmianym spojrzeniem ogarnęła kołysane lekkim powiewem wiatru gałęzie drzew. Filozofia przyjaciela była jej obca. Nigdy nie zdarzyło jej się nazwać przeżytego dnia prozaicznym - w każdym odnajdywała coś nowego i wyjątkowego.
- Długi i prozaiczny wydawał się tobie - rzekła w zadumie. - Tymczasem w szerokim świecie ktoś był dziś szczęśliwy. Może urodził się wielki człowiek. Niejedno serce zostało złamane, mój drogi.
Mężczyzna pokręcił głową.
- Trochę zepsułaś tę piękną myśl. Nie chcę myśleć o złamanych sercach i innych niemiłych rzeczach, zwłaszcza, kiedy jestem niewyspany.
- Oho, oho! - w tym momencie Hakinen musiał uchylić się przed parasolką Tiiny, którą oskarżycielsko w niego celowała. - Gracja hałasowała, czy zaprosiłeś do sypialni jakąś blond piękność?
- Z tą pięknością to nie jest taka zła myśl... Może ty odwiedzisz moją sypialnię jako pierwsza i obejrzysz pościel?
- Nie, wolę swoją własną kołderkę. Ale nie zmieniaj tematu: co robiłeś w nocy?
- Czytałem okropny kryminał. Skończyłem około drugiej i myślisz, że mogłem po prostu wstać i zgasić światło? Nie!
- Och, ty biedna, fińska sierotko! - zakrzyknęła pani Virtanen w przypływie współczucia. - Kto cię wyratował z tej opresji?
- Musiałem radzić sobie sam. Jestem twardym facetem, więc po półgodzinie wstałem i zrobiłem z wyłącznikiem co trzeba. Przyznam ci się, że w drodze powrotnej do łóżka bałem się, że wpadnę na szaleńca z siekierą.
Oboje wybuchnęli serdecznym śmiechem. Jak zwykle, nawet nie zauważyli, kiedy doszli do swojego celu. Była nim mała, przytulna kawiarenka. Jeśli Mice i Tiinie przychodziła ochota na współną kawę, udawali się tylko i wyłącznie do niej, jednogłośnie chwaląc nastrojowość tego miejsca. Utrzymywali nawet, że mała czarna pita przy stoliku z widokiem na ruchliwą ulicę smakuje jakby lepiej od tej, którą wypijali w domach.
- Nie muszę pytać, co chciałabyś wypić, prawda? - Mika obdarzył Tiinę promiennym uśmiechem.
- W takim razie dla odmiany zażyczę sobie herbaty. Żartuję - dodała po chwili, widząc zdziwioną minę mężczyzny.
Zamówienie zostało złożone i wkrótce przed dwojgiem profesorow zjawiły się zgrabne filiżanki wypełnione czarnym płynem. Rozmowa, przedtem tak udana, teraz przestała jakoś się kleić. Mika w zamyśleniu przyglądał się sunącym przez jezdnię autom, Tiina zaś przez jakiś czas poprawiała nieco sfatygowany makijaż. Mężczyzna kilka razy zwracał oczy na nią i otwierał usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale rezygnował z tego zamiaru. Tiina dostrzegła to:
- Mika, o co chodzi? Wyglądasz tak, jakbyś chciał coś powiedzieć...
Hakinen westchnął cicho, zbierając się w sobie.
- Tak. Nie zaprosiłem cię tutaj bez powodu. Muszę ci coś powiedzieć.
Coś w jego głosie - coś, czego Tiina nigdy jeszcze nie słyszała - wprawiło ją w gwałtowne drżenie. Mimo tego odpowiedziała spokojnie:
- Mów.
- Nie chciałem ci tego mówić - zaczął. - ale muszę i lepiej, żebyś dowiedziała się ode mnie, niż od kogoś innego. Kocham cię.
Tiina potrząsnęła głową i otworzyła szeroko oczy, szczerze zdumiona. Nie przypuszczała, aby jeszcze kiedykolwiek miała usłyszeć takie wyznanie. Przez chwilę nie mogła wydobyć z siebie głosu, a kiedy jej się to udało, drżał on i łamał się.
- Mika, to... Było całkowicie niepotrzebne - mówiła ze łzami w oczach. - Doskonale wiesz, że nie będzie mi na tobie zależeć... Nie w ten sposób! Chcę mieć w tobie przyjaciela, ale nic poza tym.
Zapadła dość przykra cisza. Podczas tej pauzy Tiina nie ważyła się podnieść wzroku. Mika przerwał ją pierwszy.
- Przepraszam cię, Tiina. Nie chciałem cię dłużej okłamywać.
- Lepiej, gdybyś kłamał! - nagle wybuchnęła. - Myślisz, że mogę nadal się z tobą przyjaźnić wiedząc, że boleśnie cię ranię, bo nie mogę dać ci tego, czego byś chciał? Nie mogę spojrzeć ci nawet w oczy bez wyrzutów sumienia!
Wstała, chcąc odejść, jak najszybciej uciec od Miki. Mężczyzna złapał ją jednak za rękę, skutecznie zatrzymując.
- Mika! - cała sytuacja zaczęła Tiinę wyraźnie złościć.
Nie odpowiedział. Niespodziewanie pocałował słone od łez usta. Przez chwilę pozwalała na to, zaskoczona takim obrotem sprawy, ale szybko otrząsnęła się z tego szoku. Gibkim i oburzonym ruchem uwolniła się od mężczyzny i wybiegła. Wyczerpał się limit tego, co była w stanie znieść.
Pozostanie tajemnicą, w jaki sposób dotarła do domu cała i zdrowa. Roztrzęsiona i zapłakana, przedstawiała soba tak żałosny widok, że Janne, który przybiegł do przedpokoju z gotową mową na temat wpływu głośnego trzaskania drzwiami na sen dziecka, stanął jak wryty.
- Boże święty, Tiina! Co się stało?!
Odpowiedział mu tylko szloch. Wobec tego chłopak ekspresowo znalazł się przy bratowej, obejmując ją ramieniem.
- No już, spokojnie. Masz tu chusteczkę, wytrzyj sobie twarz. Dowiem się o co chodzi?
- Daj mi spokój! - poprosiła.
- Dobrze, nie chcesz, to nie mów. Chodź do kuchni, zrobię ci herbaty. Zjemy po kawałku tej twojej karpatki i od razu humor ci się poprawi.
- Ciastka "chorej nie uleczą duszy" - odparła niepocieszona Tiina.
Janne uśmiechnął się do niej pogodnie. Stwierdził, że chyba nie będzie już długo rozpaczać, skoro zaczyna mówić cytatami.
komentarze [2]

ZGLISZCZA AMBICJI ZAWODOWYCH >> sobota, 13 września 2008 19:57:05
Tamtararam, wreszcie wracam. I obiecuję się poprawić - na najbliższe tygodnie nie planuje się większego turnieju tenisowego, więc optymistycznie to wygląda ^^.
Aha, jeszcze małe ogłoszenie: zastanawiam się nad publikacją kolejnego wytworu swojej wyobraźni. W związku z tym poszukuję kogoś, kto wykonałby dla mnie porządny szablon. Jeśli znacie kogoś takego to proszę o informację - będę zobowiązana.


Szkolny dzwonek oznajmił godzinę ósmą. Zaspani uczniowie albo ustawiali się pod klasami w karnych rządkach, albo zalegali pod ścianami w pozach znakomicie ilustrujących znane i popularne powiedzonko „pierdolę, nie robię”. Pedagogowie przemierzali korytarze zdecydowanym krokiem, chcąc szybko ogarnąć podopiecznych i zacząć przekazywać im wiedzę. W takim wypadku każda minuta była cenna.
Tiina zatrzymała się przed drzwiami klasy i zaczęła energicznie je otwierać. Na tle uczniów wyglądała dość szczególnie: oni znękani i zrezygnowani, pani profesor natomiast pełna werwy i pogody. Istotnie, była z siebie bardzo zadowolona. Wyzdrowiała dość szybko i udało jej się przekonać Tommiego, że zbyt długie siedzenie w domu jej nie służy. Troskliwy mąż początkowo nie chciał się z tym zgodzić i nie pomagało marudzenie ani zdroworozsądkowe argumenty. Nie wiadomo, jak rozegrałaby się sprawa, gdyby nie Janne.
- Pierwszy raz widzę, żeby facet tak wariował na punkcie kobiety – oznajmił pewnego dnia, dość wymownie pukając się przy tym w czoło. – Żaden zły wilk nie zje Tiiny w tej szkole, a tutaj nam biedna zapleśnieje. Nie chciałbym doczekać dnia, w którym będę musiał obskrobywać z bratowej warstwę grzyba.
- Kocham cię, Janne – stwierdziła wówczas Tiina, po raz pierwszy chyba przyznając się do tak płomiennych uczuć względem szwagra.
Wobec zdecydowanej opozycji przeciw sobie Tommi ustąpił, bo, po prawdzie, miał dosyć kaprysów ukochanej. Poparcie, jakiego jej udzielił Janne stało się więc pretekstem do zakończenia dyskusji. Żona marnotrawna pokazała język troskliwemu małżonkowi, piekąc dla szwagra ulubione ciasto w ramach spłacania długu wdzięczności. W ten sposób „wszystkich udało się zaspokoić”, jak to ujęła Annika, dwunastoletnia siostrzenica Tommiego, która spędzała u wujka weekend.
Jedynie uczniowie Tiiny nie wyglądali ani na zadowolonych nawet w najmniejszym stopniu.
- No, cóż, za miłe przywitanie! – zawołała z uśmiechem, lustrując ich pełne rezygnacji sylwetki. – Aż tak zawiedzeni, że tym razem nie przyszła urodziwa pani praktykantka?
- Właściwie to trochę szkoda – odezwał się wysoki blondyn w okularach. – Taka fajna babeczka była...
- A teraz wraca ta stara, upierdliwa Virtanen – dokończyła za niego Tiina. – Widzisz jaka niesprawiedliwość?
- Ja nie mówię, żeby pani czegoś brakowało, broń Boże!
- Bardzo dziękuję, Antero. Wchodźcie proszę.
Trzydzieści osób weszło do pomieszczenia i szukało sobie miejsc, standardowo robiąc przy tym wiele hałasu. Tiina rozłożyła swoje rzeczy i machinalnie zaczęła przeglądać dziennik. Coś musiało ją zdziwić, bo zmarszczyła brwi.
- Słuchajcie, czy pani Huovinen wcale was nie pytała? – zwróciła się do klasy.
Kilka osób pokręciło głowami, a Antero szepnął:
- Mówiłem, że to fajna babka była. Podobna do Jennifer Lopez.
Tiina zignorowała tę uwagę.
- Nic to, zaraz nadrobimy. Jacyś ochotnicy?
Uczniowie milczeli, nagle znajdując interesujące punkty na ścianach i suficie. Widząc, że poziom entuzjazmu uczniowskiego jest równy zero pani profesor westchnęła.
- Może inaczej. Kto jest przygotowany?
Tym razem także odpowiedziało jej milczenie. Tiina oparła głowę na dłoni w geście rezygnacji.
- Chyba potnę się tępą żyletką – stwierdziła z rozpaczą. – W takim razie zapiszcie temat: konflikt koreański i wojna w Indochinach. Widzicie, to jednak szczęście, że nie mam takich walorów jak pani Huovinen, chociaż uważać będziecie...
Uczniowie roześmiali się, obiecując, że będą się starali i dalsza część zajęć upłynęła we względnej harmonii. Kiedy dzwonek oznajmił koniec lekcji licealiści wysypali się na korytarz, odrobinę narzekając na powrót do „normalności” – obecność dość łagodnej i niedoświadczonej praktykantki była dla nich swoistym rajem na ziemi.
Tiina została jeszcze w klasie, aby wpisać temat w dzienniku. Tak ją to pochłonęło, że nie zauważyła wejścia Miki. Ten cicho stanął za nią i z uśmiechem zaglądał przez ramię.
- Cześć, babo – odezwał się nagle.
Tiina wzdrygnęła się nieco, gwałtownie wyrwana z pewnego rodzaju transu.
- Kiedyś cię za to zabiję, przysięgam – obiecała. – Co się stało?
- Nic szczególnego – Hakinen przysiadł na rogu biurka. – Mogłabyś dziś pójść ze mną na kawę?
- Mogłabym. W jakim celu?
- Z braku lepszego słowa powiedzmy, że mam do ciebie interes.
Zabrzmiało to trochę ironicznie. Rzeczywiście, Mika pomyślał, że jego „interes” mocno zdziwi Tiinę.

komentarze [6]

SPOTKANIE PO... >> sobota, 2 sierpnia 2008 20:12:26
Tiina wpatrywała się w firankę zdobiącą okno szpitalnej sali, machinalne licząc wyhaftowane w koronce kwiatki. Co jakiś czas odwracała się w kierunku drzwi, jakby na coś czy na kogoś czekała. Jak dotychczas zaglądali do niej tylko lekarze i pielęgniarki; persony poważne, zatroskane i przyglądające się pacjentce ze współczuciem. Ledwo znosiła te ich miny, ale nie miała siły nawet na denerwowanie się.
Powoli przezwyciężała otępienie i dziwne wrażenie, że wydarzenia rozgrywają się gdzieś obok. Niestety, razem z większą jasnością umysłu wracały też wspomnienia tego, czego pamiętać nie chciała. Na samą myśl o okrutnym Ivicy robiło się Tiinie zimno.
Bezwiednie myślała też o Ivanie. Nie miała wątpliwości, że był dobrym człowiekiem i nie zasługiwał na karę równą swojemu bezwzględnemu rodakowi. Miała wobec niego pokaźny dług wdzięczności. Nawet, jeśli podziękowałaby mu za to, co zrobił, to nie była pewna, czy tak prozaiczne „dziękuję” załatwiłoby sprawę – najprawdopodobniej uratował jej życie.
- Tiina! – dźwięk własnego imienia poderwał ją na nogi i to dosłownie. W jednej chwili znalazła się w pionie.
Trudno wyrazić słowami uczucia Tiiny na widok tej znajomej, tak kochanej i przyjaznej osoby. Nawet jeśli wygląda ona mizerniej niż zwykle, a legendarne już opanowanie ją opuszcza. Nie przejmując się szczerbami na wizerunku Katariina podbiegła do przyjaciółki i objęła ją mocno za szyję.
- Nawet nie wiesz, jak się o ciebie bałam... Jędzo – powiedziała po prostu.
- No już, już... Udusisz mnie – po dłuższej chwili Tiina cicho zaprotestowała.
Kobieta zaśmiała się krótko, posłusznie odsuwając się na odległość wyciągniętych ramion. Oczy podejrzanie jej zwilgotniały, kiedy tak przyglądała się wymizerowanej twarzy Tiiny. Skrzywiła się nieco, widząc szkarłatne nacięcie na jej szyi – ślad po ostrzu noża Chorwata.
- Jak się czujesz? – spytała szybko, jakby chciała w ten sposób powstrzymać łzy, które zupełnie do niej nie pasowały.
- Może nie jestem w olimpijskiej formie, ale nie jest źle – Tiina uśmiechnęła się dzielnie, choć miała wrażenie, że mięśnie twarzy jej nie słuchają. – Tommi... Jest tutaj?
- Będzie. Z dzieckiem go tu nie wpuszczą, musi zaczekać na swojego brata. Z tego, co wiem Janne nie jest punktualny.
- Faktycznie, nie jest – zgodziła się Tiina. – Mam nadzieję, że chociaż raz uda mu się nie spóźnić.
- Nie ma wyjścia, Tommi go zabije. Wchodzenie mu w drogę stało się dość ryzykowne...
Tiina nie wytrzymała i roześmiała się. Katariina zawsze była plastrem, balsamem, potrafiła rozładować wszelkie napięcia i smutki, mądra, zrównoważona kobieta. Po prostu lekarstwo.
A kiedy już oczyściła w jakiś sposób atmosferę, po prostu zaczynała rozmowę o błahych sprawach. Poprzedni temat rozmowy wart był dla niej tyle, co jej kot o wdzięcznym imieniu Kwiecisty. Niezbadanym pozostało skąd było w niej tyle uczucia, zmysłu sytuacyjnego i po co to robiła.
- Oho, to może ja już pójdę – rzekła nagle Katariina, nasłuchując. – Zdaje mi się, że zbliża się do nas jakiś huragan.
Mówiła to tonem całkiem poważnym, ale wesołe błyski w oczach zdradzały, co, lub bardziej kogo, ma na myśli. Faktycznie, Tommi wbiegł do szpitala w takim tempie, że sam mistrz świata w biegu na sto metrów mógł mu pozazdrościć. Zatrzymał się tuż przed salą, mocno zdyszany. Katariina uśmiechnęła się, bezgłośnie artykułując „chodź tu wreszcie, kretynie”.
Wszedł, ale zatrzymał się przy drzwiach, nie mogąc się ruszyć. Po prostu pochłaniał żonę wzrokiem. Ona także nie powiedziała nic, tak mocno coś ściskało ją za gardło. Zapewne Tommi stałby tak długo, gdyby nie niezawodna Katariina. Po prostu wstała, podeszła do Virtanena, uderzyła go mocno w ramię otwartą dłonią i wyszła. Lekki ból podziałał na Tommiego jak bodziec; zrobił kilka kroków w kierunku Tiiny, usiadł obok niej i mocno przytulił. Nie powiedział nic, ani jednego słowa. Ona nagle rozpłakała się rozpaczliwie, cała drżała. Pogłaskał ją uspokajająco po włosach.
- Cicho kochanie, już dobrze – szepnął. – Już dobrze.
- Bałam się, że cię już nie zobaczę... – szlochała.
- Ja też się bałem. Nie myśl już o tym, dobrze?
- Nie będę... Kocham cię.
- Ja ciebie też.
Długo nie mógł jej uspokoić, nawet kiedy zasnęła nie mógł wyplątać się z jej objęć. Pytanie tylko, czy chciał.

komentarze [2]

ZBRODNIA I KARA >> wtorek, 8 lipica 2008 14:48:34
- Żołądek sobie rozstroisz, jeśli będziesz wypijał kawę na czczo – rzekła Katariina, lustrując zestaw śniadaniowy swojego męża.
Państwo Hynninen po raz pierwszy od dłuższego czasu spożywali najważniejszy posiłek dnia razem. Zwykle, kiedy Jarkko się do tego zabierał, to Katariina już wychodziła do pracy. Kilka dni wcześniej oznajmiła mu jednak z dumą, że pracować póki co nie będzie, bo zakazano jej przemęczania się. Wobec tego leniła się bezwstydnie.
- Nie piję tej kawy na czczo, przed chwilą zjadłem jabłko – zaprotestował sceptyczny Jarkko.
- To nie jest jedzenie, to przekąska owocowa.
Mężczyzna z rozbawieniem przyjrzał się żonie, która zdążyła się już solidnie posilić, a aktualnie pałaszowała gofra. Ot, tak w ramach dogadzania podniebieniu.
- Mam rozumieć, że ty się nie objadasz, bo jest to...
- Przekąska owocowa, oczywiście – odpowiedziała Katariina, dzielnie usiłując utrzymać uformowany z bitej śmietany model Mount Everest.
- Kobieto, gdzie tu element owocu?
- Pod tą bitą śmietaną jest dżem malinowy.
Jarkko wreszcie dał upust tłumionemu wcześniej śmiechowi. Sam by na taki pomysł chyba nie wpadł – to jego żona była mistrzynią w usprawiedliwianiu swoich drobniutkich słabostek. Postanowił przy tym od teraz twierdzić, że pizza jest przekąską owocową i dlatego nie można jej wrzucić do kategorii „jadło bardzo kaloryczne”.
- Twój telefon dzwoni, mała – odezwał się Fin, wciąż walcząc ze śmiechem. – Przełknij tylko to, co masz w ustach, bo stworzyłaś sobie baloniki w miejsce policzków.
Katariina obdarzyła go morderczym spojrzeniem, przełknęła to, co przełknąć miała i nacisnęła zieloną słuchawkę. Od razu poznała, że dzwoni do niej nie kto inny, jak mama – tylko ona od razu przechodziła do tego, co ją dręczyło i tylko ona wyrzucała z siebie słowa z prędkością dobrego karabinu maszynowego. Tym razem jednak pani Alize musiała przekazywać córce coś ważnego, bowiem Katariina nagle zatkała sobie usta dłonią.
- Mamo, daj mi się wysłowić! – zniecierpliwiła się wreszcie po pięciu minutach wysłuchiwania matczynego wywodu. – Nie, nie jestem kryminalistką, ani nie prowadzę nielegalnej działalności. Tak ma być! Nie denerwuj się.
- Co się dzieje? – odważył się zapytać Jarkko, gdy żona skończyła rozmowę.
- Nie przeszkadzaj mi teraz! – fuknęła. – Zdecydowali się wreszcie na aresztowanie tej cholernej wariatki, rozumiesz?


Tiina przyłożyła głowę do poduszki, zamknęła oczy i westchnęła ciężko. Bolała ją głowa, gardło, chciało jej się pić, chyba miała gorączkę i na dodatek denerwowała się jak nigdy. Bała się, że plan Ivana nie wyjdzie tak, jak w założeniu powinien. Był szalenie ryzykowny, to nawet jego pomysłodawca przyznawał, choć nie bał się byle czego. Nie dało się jednak wymyślić jakiejś „wersji soft” – po prostu nie wchodziło to w rachubę.
Biedna zakładniczka westchnęła znowu, czując, że na nic już nie ma siły. Niepostrzeżenie spod przymkniętych powiek wymknęła się łza, za nią druga, trzecia i dziesiąta, jakby tę bezsilność ilustrujące.
„Zamieniam się w fontannę, ale co mam na to poradzić?” – pomyślała gorzko pani Virtanen.
Nie musiała szukać rady. Pozostało jej pełnić nową funkcję. Opcjonalnie mogła myśleć o tym, jak bardzo drażni ją Ivica. Słyszała, jak przechadzał się w tę i z powrotem, mówiąc coś do siebie w dziwnym, jakby nie z tego świata języku. Fakt, że mowa ta zawierała zdecydowanie zbyt wiele spółgłosek skumulowanych obok siebie sprawiał, że kojarzyła się ona Tiinie z bełkotem osoby, która nadużyła napojów wysokooktanowych. Skojarzenie to pogłębiał dziwnie refleksyjno – melancholijny ton Chorwata oraz powtarzające się z dużą częstotliwością słowo „nema”.
Po jakimś czasie wena Ivicy wyczerpała się definitywnie, więc ponuro zamilkł. Chwilę później zajrzał do pomieszczenia, w którym przebywała Tiina, jakby zwabiony jakąś telepatyczną siłą. Malująca się zwykle na twarzy Chorwata bezczelność czyniła ją tak ohydną, że kobieta natychmiast pożałowała tego, że w ogóle zaszczyciła go spojrzeniem. Przestraszył ją trzymany przez mężczyznę nóż – panicznie się ich bała.
- Cicho, djevojka – nakazał twardo Ivica, zaskakująco dobrym fińskim, spoglądając na nią bez śladu współczucia. – Doprowadzasz mnie do szału!
Tiina nie odpowiedziała. Chciała tylko, żeby Ivica dał jej spokój. Ucichła, ale po chwili znów płakała.
- Mówię ci, djevojka, cicho bądź! – denerwował się Chorwat, beztrosko wymachując przed nią nożem. – Cicho, bo zabiję!
- Pierdol się – mruknęła nienawistnie.
Ivica zaśmiał się paskudnie, mocno łapiąc Tiinę za nadgarstek.
- Sam się nie będę - powiedział cicho. – Wolałbym pierdolić ciebie... Gdyby nie Ivan, to pewnie dawno bym to zrobił.
- Puść mnie!
- Ne, ne... Sama tego chciałaś... Oj...
Nie spodziewał się, że kobieta tak gwałtownie go od siebie odepchnie. W milczeniu zaczęli się ze sobą szamotać, ale była to walka nierówna: po chwili Tiina leżała na podłodze, a Ivica na niej, mocno trzymając ją za ręce.
- No i co? – w głosie Chorwata brzmiały nuty samozadowolenia i triumfu. – Co ty myślała, co? Że uciekniesz? Jesteś głupia. Nikt ci nie pomoże, maleńka.
Mówiąc to, zaczął rozpinać guziki bluzki Tiiny. Nie było to łatwe, bowiem kobieta nie pozostawała bierna. Po raz kolejny splunęła mu w twarz.
- Grzeczna ty nie jesteś – syknął jej do ucha – Pieprzona szmata... Siedź cicho, to może nie być tak źle...
Nagle do uszu obojga dobiegł huk. Chorwat puścił Tiinę, kierując wzrok na drzwi. Stanął w nich umundurowany mężczyzna. Ivica zaklął paskudnie, chwycił zakładniczkę w pasie i stanął na nogi, zasłaniając się nią.
- Komendancie! Tutaj! – zawołał policjant.
Chorwat odsunął się w stronę okna. W iście ekwilibrystyczny sposób sięgnął po nóż, który tam odłożył i bez ceremonii trzymał ostrze przy gardle Tiiny.
- Odsuń się – rzekł zimno Ivica. – Zabiję ją, wcale nie żartuję.
- Puść ją i nie rób krzywdy – zaoponował stróż prawa, nie spuszczając z przestępcy zarówno wzroku, jak i pistoletu. Mimo wszystko cofnął się jednak o krok.
Znów dało się słyszeć czyjeś kroki: zjawili się kolejni funkcjonariusze. Wszyscy celowali w Chorwata. Ten nie wydawał się być tym faktem przestraszony.
- Won stąd, albo ona zginie! – wrzasnął, przyciskając nóż do gardła Tiiny.
Policjant skrzywił się, widząc na jej szyi krople krwi. Zachował jednak spokój.
- Toni, wyjdź stąd, Anssi, ty też.- nakazał. – Posłuchaj – zwrócił się do Ivicy.- Nie uciekniesz stąd, tu jest mnóstwo policji. Mamy już twoich pomocników, poddaj się, załatwmy to bez niepotrzebnego rozlewu krwi.
- Ani mi się śni! – prychnął Chorwat. – Oni mają się odsunąć! Już!
Komendant dał jakiś znak swoim podwładnym. Lekko usunęli się w bok. Ivica zaczął przesuwać się w stronę wyjścia.
Pochłonięty tym nie zauważył dyskretnych znaków mundurowego posyłanych w kierunku młodszego aspiranta, który z ukrycia obserwował Chorwata.
- Toni! – szepnął. – Trzyma nóż w prawej ręce! Celuj w prawe ramię! Uważaj tylko, żeby jej nie trafić! Czekaj na znak i strzelaj!
Tiina była zbyt przerażona by opierać się swojemu niedoszłemu gwałcicielowi, który ciągnął ją ku drzwiom. W pewnym momencie usłyszała huk, a potem krzyk Ivicy, który momentalnie ją puścił. Upadła na podłogę, nie znajdując w sobie siły na utrzymanie się w pionie.
- Nic pani nie jest? – jeden z policjantów pochylał się nad Tiiną. W powstałym chaosie chyba tylko on o niej pomyślał.
- Nie... Chyba nie. – odpowiedziała niepewnie.
Była wolna. Docierało to do niej w mocno zwolnionym tempie, ale powoli zdawała sobie z tego sprawę. Jedyne, co odczuwała, to coraz większa ulga.


komentarze [2]

VATRENO LUDILO >> niedziela, 8 czerwca 2008 18:00:33
Wiem, niesłowna jestem. Święcie zaplanowałam sobie, że dodam ten odcinek jeszcze w maju. Tymczasem wen musiał ustąpić przed powagą kilkutygodniowej bitwy o oceny, a potem przed turniejem Roland Garros – dla jednego meczu pewnego Serba gotowa jestem dużo poświęcić.
A tymczasem przystępuję do kibicowania chorwackim piłkarzom – flaga, przebój Slavena Bilica i po Austrii nie będzie co zbierać xD
***
Zegarek w komórce Mervi wskazał godzinę szóstą. Aparat nie poprzestał na wskazywaniu. Rozegrał się w najlepsze, sygnalizując Fince, że poniedziałek jednak nadszedł i trzeba wstawać. Kobieta nic sobie z niego nie robiła, nawet nie próbując się obudzić. Wiedziała, że w końcu będzie zmuszona zwlec się z posłania, ale tak zwane „chciejstwo” chwilowo zbiło szybkę i uciekło. Gwałtowny wzrost decybeli wyraźnie natomiast rozdrażnił śpiącego obok niej Ivicę.
- Kurac... – prawie nieświadomie rozpoczął dzień od przekleństwa – Wyłącz to, babo, ja cię proszę.
„Baba” wyjątkowo usłuchała i uciszyła czyste dźwięki death metalu, jakie wydawała jej Nokia. Zebrała też wreszcie siłę woli, koncentrując się na zamiarze wstania. Nie omieszkała przy tym cisnąć poduszką w Ivicę.
- Odczep ty się!
- Śpij, Chorwat, nie marudź.
Mężczyzna bezkrytycznie zastosował się do tej, praktycznej przecież, porady. Bezwzględna Finka pokazała mu jeszcze język na odchodne, w duchu śmiejąc się na porównanie Ivicowej aktywności nocnej i porannej. Różnica była piorunująca.
Wciąż szeroko ziewając, przeszła do sterty byle jak rzuconych przedmiotów z zamiarem znalezienia swojego lusterka. Od razu została zmierzona zdegustowanym spojrzeniem autorstwa Ivana. Prawdę rzekłszy, wyglądała dość oryginalnie: mimo niskiej temperatury była boso oraz w cieniutkiej i nader krótkiej koszuli nocnej, prezentując swoje długie, zgrabne nogi w całej okazałości.
- Dzień dobry, niewierny! – zawołała beztrosko.
- Dla kogo dobry, dla tego dobry.
- Ciekawe, co za jełop powiedział, że Finowie to smutasy. – Mervi nie mogła tego pojąć – Wy zawsze jesteście tacy oklapli?
- O szóstej rano chyba tak.... Wychodzisz dzisiaj?
- Tak, a co?
- Muszę wybrać się z tobą, pokażesz mi z grubsza gdzie jest najbliższa apteka.
- Jesteś chory? – zdumiała się pani Tapola, chwilowo odrywając się od poszukiwań – Wyglądasz bardzo zdrowo.
Ivan przewrócił oczami, wyraźnie zniecierpliwiony. Mervi chyba pojęła, co miał na myśli, bo zapytała:
- Czemu ty się tak nią przejmujesz?
- Po prostu chcę trochę ją wyleczyć, zanim wszystkich pozaraża. Uśmiecha ci się grypa? Mnie raczej nie bardzo.
- A, właściwie to masz rację. – Mervi wzruszyła ramionami – Wychodzę piętnaście po siódmej, bądź gotowy.
Ivan z całym przekonaniem mógł w duchu rzec sobie „ajde” – pierwsza część jego planu udała się przewybornie. Do tego znalazł właśnie kubek. Triumfalnie oddalił się od Mervi z zamiarem zrobienia herbaty Tiinie. Nie kłamał, wspominając Mervi o zagrożeniu wirusami: Tiina faktycznie była przeziębiona dość porządnie.
- Jest dobrze. – oznajmił konspiracyjnie, zjawiając się z kubkiem gorącego napoju.
Tiina zakaszlała i wytarła nos.
- Naprawdę? – zapytała z nadzieją, dzielnie walcząc z chrypką.
Ivan entuzjastycznie pokiwał głową. Na twarzy pani Virtanen po raz pierwszy od wielu dni pojawił się uśmiech. Chorwat również się uśmiechnął, jednocześnie myśląc, że żadna kobieta, jaką znał, może poza jego żoną, nie robiła tego tak ślicznie i ujmująco.
- Dobrze, teraz pora na resztę planu. Narysuj mi, jak dojść do twojego domu.
Tiina wzięła podany jej ołówek i kartkę. Zawsze miała spore zdolności manualne, więc naszkicowała drogę od miejsca pracy Mervi do domu tak dokładnie, że Ivan musiałby być ślepy, by tam nie trafić.
- Pięknie to zrobiłaś. – pochwalił.
Tiina potrząsnęła głową, jakby chciała powiedzieć, że to teraz nieważne. W jej spojrzeniu nagle pojawił się błagalny wyraz.
- Powiedz mu, gdzie jestem... – szepnęła – Niech on coś zrobi, żebym mogła się stąd wydostać...
-Napisz na tej kartce kilka słów do niego, bo wątpię, czy mi uwierzy na słowo.
Kiwnęła głową, kreśląc to samo, co powiedziała Ivanovi i prosząc męża o to, by mu zaufał. Gdy oddawała Chorwatowi kartkę, drżała jej ręka.
- O nic się nie bój. Wszystko będzie dobrze.
Tylko tyle mógł jej powiedzieć. Żywił szczerą nadzieję, że faktycznie będzie dobrze.



Tommi natomiast rozpoczął dzień „na sportowo” i to dosłownie. Został w domu tylko z synem, bowiem Janne już po siódmej karnie pomaszerował na trening. Sami nie zamierzał dać mu okazji do lenistwa: co prawda grzecznie pozwolił się przewinąć nakarmić i doprowadzić pierwsze mleczaki do stanu czystości, ale na tym poprzestał. Kiedy ojciec usadowił go na macie edukacyjnej, mały na czworaka podążył za nim, po czym stanął na nogi, wykazując sprawność godną Jeleny Jankovic. Dla Tommiego oznaczało to tylko jedno: okropny ból kręgosłupa.
- Co ja z tobą mam, synku... – westchnął.
- Mgła. – Sami nie domyślał się widocznie, co ukochany tatuś ma na myśli. On sam zapewne uważał, że trzymający go za rączki, niemiłosiernie zgięty wpół ojciec to rzecz pierwszorzędna. W końcu dzięki temu otwarła się dla malucha nowa perspektywa podziwiania świata.
- Tak, tak, wiem, że mnie doskonale rozumiesz, ty dziesięciomiesięczny hipokryto!
Młody hipokryta uśmiechnął się do rodziciela, ukazując cztery mleczne zęby. Cokolwiek by się nie działo, Sami zawsze się cieszył. Radosny śmiech ucichł wtedy, kiedy rozległo się natarczywe pukanie. Dziecko nagle zatrzymało się w pół kroku, ciekawie rozglądając.
- Mama? – zapytał. Jego oczy momentalnie powiększyły się do rozmiarów pięciu euro.
- Raczej nie. – odrzekł smutno Tommi – Ale nie zaszkodzi sprawdzić, kto to taki.
Virtanen nie mógł wytłumaczyć, dlaczego czuł dziwną złość, gdy tak szedł otworzyć drzwi, niedbale trzymając pod pachą syna. Gdyby nie to, że Marjatta Virtanen mimo wszystko wpoiła swojemu starszemu synowi kilka zasad dobrego wychowania, Tommi po prostu krzyknąłby przybyszowi w twarz „nienawidzę cię, kimkolwiek jesteś”. Wcale nie zważałby na to, kogo w ten sposób obraża.
Kiedy otworzył drzwi, złość zastąpiło zdumienie, bowiem stojącego przed nim mężczyzny kompletnie nie znał. Jak na gust Tommiego, nie był on Finem: miał zbyt ciemną karnację, włosy i oczy. Przypominał mu raczej Latynosa.
- Moglibyśmy porozmawiać? – pytanie zostało zadane nienaganną angielszczyzną – Muszę ci powiedzieć coś ważnego.
- Proszę... – Virtanen bezwiednie wpuścił mężczyznę do środka i zamknął za nim drzwi. – Słucham?
Ivan odetchnął głęboko, zbierając się w sobie. Jego wzrok przez chwilę spoczął na Samim, który patrzył nań z ciekawością, czując się bezpiecznie w ramionach taty. Chorwat zauważył, że mały jest bardzo podobny do swojej mamy. Może właśnie to spostrzeżenie pomogło mu przejść do sedna sprawy.
- Wiem, gdzie jest twoja żona. – powiedział cicho, patrząc prosto w zielonkawe oczy Fina.
Tommi zbladł nagle i oparł się o ścianę, jakby zakręciło mu się w głowie.
- Co proszę?!
- Tak, wiem, gdzie ona jest. Jestem jednym z nich, powiedzmy tak z braku lepszego słowa.
- Po pierwsze, skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz? – Virtanen zadał pytanie zasadnicze.
Ivan wiedział, że takie pytanie padnie, a nawet rozumiał Tommiego i współczuł mu, ale nie mógł powstrzymać się od wypowiedzenia na głos niezbyt miłej myśli o nim. Na szczęście, zrobił to w swoim ojczystym języku. Wyciągnął z zanadrza karteczkę.
- Mówi ci to coś? Przyjrzyj się.
Nie protestując, wyjął kawałek papieru z ręki swojego dziwnego gościa. Przyglądał się mu ze zmarszczonym czołem. Rozpoznał tak znajome, kaligraficzne niemal pismo Tiiny. W końcu miał jakiś dowód na to, że jego ukochana żyje i można ją odnaleźć. Coś ściskało go za gardło, kiedy czytał jej prośbę o to, żeby zaufał temu mężczyźnie, który stał przed nim i o to, żeby zadzwonił na policję, zrobił cokolwiek.
- No i co? Kłamię? – do rzeczywistości przywrócił go pełen zniecierpliwienia głos Chorwata. – Powinieneś być bardziej wdzięczny, ale mniejsza. Wezwij policję. Poczekam przez chwilę z tobą, a potem pójdę do nich. Policjanci mają mnie złapać niedaleko tej meliny, jasne? Oficjalnie nic ci nie mówiłem, śledziłeś mnie i tyle. Aha, pamiętaj, żeby tam nie wchodzić. Daj działać policji. Jestem pewien, że chcą zabić Tiinę przy tobie. Ponoć to satysfakcjonujące jak jasna cholera. – zakończył gorzko, cytując Ivicę.
Zapadła długa, brzemienna cisza. Chorwat wciąż patrzył prosto w oczy Tommiego. Na pozór spokojnie, ale na poły wyzywająco, jakby odzywał się w nim bałkański temperament.
- Dlaczego to robisz? – Virtanen zdecydował, że odezwie się pierwszy.
- Nie wiem. Może dla spokoju własnego sumienia. Nieważne. Pamiętaj, że nikt nie może dowiedzieć się, że ci to powiedziałem.
Tommi potrafił tylko skinąć głową.


komentarze [3]

PAMIĘTAJ, BY NIE ZOSTAWIĆ ŚLADU >> wtorek, 13 maja 2008 16:45:47
Za oknami rozpadał się śnieg, a żeby odpowiednio określić ciemności nie wystarczał przymiotnik „egipskie”. Taka pogoda działała przygnębiająco na osobników obojga płci i w każdym wieku. Ivicy dokuczała w szczególności, był bowiem człowiekiem ceniącym sobie zarówno ciepło, jak i słońce. Fińska zima wcale mu się nie podobała. Tęsknił za chorwackim, a więc łagodniejszym, wydaniem tej pory roku.
W melinie, którą na schronienie wybrała Mervi, zimno dokuczało szczególnie. Gdyby Chorwat miał w sobie mniej religijnego indyferentyzmu, na pewno modliłby się żarliwie o chociażby kilkustopniowe ocieplenie. W obecnych warunkach czuł się jak zesłaniec syberyjski.
- Nie masz powodów do narzekań, chyba dobrze się bawisz. – odezwała się Mervi.
- Wspaniale. – ironia w słowach Ivicy pojawiała się rzadko, ale bodła za to podwójnie. Szczególnie, kiedy od dwóch dni tkwił on po uszy w zawiesinie ponurego nastroju.
Ivan nie brał udziału w dyskusji, jak zwykle zresztą. Nie lubił rozmawiać z Mervi i Ivicą, odzywał się wtedy, kiedy naprawdę musiał. Zdecydowanie wolał towarzystwo własnych, poważnych myśli, niż konwersację na jałowe tematy.
Słowa Tiiny nie dawały mu spokoju. Co prawda dobrze wiedział, co Mervi planuje, ale dopóki sama nie zdała sobie z tego sprawy, Ivan mógł mówić jej pocieszające kłamstwa, a co za tym idzie oszukiwać też siebie.
Kiedyś, w przyszłości tak dla niego odległej, że nie pamiętał, kiedy miało to miejsce, nie przejąłby się uczuciami Tiiny. Zmienił się bardzo, niemal o sto osiemdziesiąt stopni, choć niektórzy mogli twierdzić, że to niemożliwe.
Nagle ogarnął go buntowniczy nastrój. Z tokiem rozumowania bezwzględnej Finki nie zgadzał się od początku, ale przymus zagłuszył ten sprzeciw. Według niego, sytuacja była okropnie niesprawiedliwa, Tiina nie zasłużyła na to, co ją spotykało nawet w najmniejszym stopniu.
„Mam tego dość!” – pomyślał Chorwat ze złością, machinalnie mnąc w ręku papierek. „Muszę coś zrobić!”
Nad jego głową zapaliła się symboliczna żarówka. Nie dane mu było jednak dokończyć myśli, bo poirytowany głos Ivicy przywrócił go brutalnie do rzeczywistości:
- Ivan, mówię do ciebie!
- Słucham.
- Mervi właśnie oznajmiła, że już niedługo będzie po wszystkim i wracamy do Chorwacji.
- Och, cudownie. – w głosie Ivana zabrzmiała nuta ironicznej drwiny, którą wyczuł nawet niezbyt wrażliwy na takie subtelności Ivica. Przyjrzał się koledze badawczo.
- Wygląda na to, że ten mały aniołek zawrócił ci w głowie. – zażartował – Blanka może czuć się zagrożona?
- Nie. – odpowiedział zwięźle Ivan, bezwiednie bawiąc się obrączką i nagle uświadamiając sobie, jak bardzo tęskni za żoną i córką. – A tak na marginesie... Mervi, mogę cię o coś zapytać?
- Proszę bardzo.
- Chciałbym, żebyś wyjaśniła, ale szczerze, po co to całe porwanie? Jak dla mnie to dość dziwna sytuacja... Nie pojmuję, czym mogła ci się narazić ta kobieta.
- Ona po prostu jest. I tak tego nie zrozumiesz, więc milcz. – Finka mówiła wyniośle. – To dla ciebie tak ważne jak fakt, że zgubiłam bransoletkę. Czyli wcale.
Zapadła cisza, przerywana od czasu do czasu tylko ciężkimi westchnieniami Chorwata, który najwyraźniej przechodził burzliwe procesy myślowe. Ivan już postanowił. Pomoże Tiinie uciec. Doskonale zdawał sobie sprawę, że to, co zamierzał zrobić było równie bezpieczne jak dziabnięcie śpiącej pantery ołówkiem prosto w oko, ale jeśli tylko umiejętnie to załatwi, to Ivica wcale się nie dowie o jego udziale w tym procederze. Sam nie wiedział, dlaczego tak zadecydował; może dla spokoju własnego sumienia, a może dlatego, że współczuł kobiecie. Trochę się tego bał.
„Boże, żeby tylko ten idiota o nie dowiedział się, co chcę zrobić...” – Ivan zwrócił się o pomoc do niebios. Nawet nie chciał myśleć o tym, co się stanie, gdy będzie odwrotnie.
Odganiając od siebie takie natrętne myśli, wstał i wyszedł. Udał się prosto do Tiiny. Chciał powiedzieć jej o swoim zamiarze i zacząć działać, aby mieć to wszystko za sobą. Usiadł przy niej, demonstracyjnie ignorując gniewne spojrzenie, jakim został obrzucony.
- Chcę ci coś powiedzieć. – zaczął ściszonym głosem.
Tiina zmarszczyła brwi, przyglądając się Ivanowi w napięciu. Mężczyzna pochylił się nad nią i zaczął szeptać jej coś do ucha. Gdy skończył, twarz kobiety nieodmiennie wyrażała zaskoczenie.
- Żartujesz sobie? – spytała.
- Nie! – obruszył się Ivan – Zaufaj mi.
Jeżeli komuś Tiina mogła teraz zaufać, to tylko jemu. Przez chwilę wahała się jeszcze, ale pełne szczerości spojrzenie brązowych oczu Chorwata przekonało ją ostatecznie. Odpowiedziała tylko jednym słowem:
- Dobrze.


Tommi jechał przez zatłoczone ulice Lahti tak, jakby uczył się prawideł prowadzenia samochodu przy asyście kaskadera. Nie zważał na żadne ograniczenia prędkości, sygnalizacje świetlne i zasady ruchu, a tym bardziej na to, że za pierwszym razem zdał oba egzaminy na prawo jazdy. Szybka jazda pozwoliła mu odstresować się trochę, poza tym spieszył się. Dopiero, gdy ujrzał przed sobą budynek komendy głównej policji w Lahti, zwolnił. Zaparkował byle gdzie i wpadł jak burza do budynku.
Na korytarzu panował typowy chaos: policjanci i policjantki biegali w różne strony, przekrzykując się wzajemnie. Zasięgali swoich porad w rozmaitych sprawach: od tych zawodowych, po problem słodyczy do kawy. Tommi starał się nie zwracać na nich uwagi. Przebił się jakoś przez to ludzkie kłębowisko, podchodząc do biurka, za którym siedziała młoda blondynka. Podniosła wzrok znad papierów i przyglądała się Virtanenowi pytająco.
- Przepraszam, mógłbym rozmawiać z komendantem? – wyrzucił z siebie jednym tchem.
- Tak, chwileczkę. – odrzekła krótko
Tommi nagle dostrzegł siedzącą w kącie pomieszczenia matkę swojej żony. Chciał do niej podejść, ale przeszkodziła mu młoda policjantka.
- Komendanta nie ma, ale powiedział, że niedługo przyjdzie. Proszę usiąść tam i poczekać. – kobieta uśmiechnęła się do niego serdecznie, wskazując mu krzesła w kącie – To nie potrwa długo...
- Dziękuję.
Virtanen usiadł obok swojej teściowej, przyglądając się jej ze współczuciem. Od czasu zniknięcia córki jakby postarzała się o dziesięć lat. Siedziała skulona, niemo wpatrując się w podłogę. Oczy miała podkrążone i zapuchnięte od płaczu. Tommiemu zdawało się nawet, że przybyło jej zmarszczek. Jeśli myślał, że to on cierpi najbardziej na świecie, to na widok tej kobiety przynajmniej chwilowo zmienił zdanie. Dla niego sytuacja była nie do zniesienia, on też bał się o Tiinę, ale jego przeżycia były niczym w porównaniu z bólem pani Anny. Ogromu jej cierpienia Tommi nie mógł pojąć.
- Mamo, co tu robisz? – spytał łagodnie.
- Musiałam przyjść, zapytać... Nie mogę wytrzymać tej niepewności... To takie okropne. – powiedziała cicho.
- Wiem... – Tommi podał jej paczkę chusteczek, którą znalazł w kieszeni kurtki.
Niecierpliwie otarła wilgotne oczy. Przykry był widok niewiasty zazwyczaj tak pogodnej, że załamane życiem nastolatki mogłyby brać z niej przykład, a teraz przeraźliwie smutnej, przyciśniętej strachem i niepewnością.
- Panie Virtanen – komendant pojawił się właściwie znikąd – Proszę za mną.
Mężczyzna nie zauważył pani Anny, ale Tommi podał jej rękę i pociągnął za sobą. Policjant wprowadził ich do swojego gabinetu. Wskazał Tommiemu krzesło, ten jednak nie usiadł, ustępując miejsca starszej pani.
- No, więc panie Virtanen. – policjant przyjrzał się mu badawczo. – Oprócz telefonu pańskiej żony znaleźliśmy jeszcze coś...
- Co to jest?
- To. - odpowiedział stróż prawa, sięgając do komody i wyjmując z niej srebrną bransoletkę. – Czy należy ona do pana żony?
Tommi mógłby od razu odpowiedzieć „nie” z prostej przyczyny; Tiina nigdy nie nosiła bransoletek. Mimo tego, przyjrzał się ozdóbce, nie potrafiąc logicznie wytłumaczyć, dlaczego to robi. Wydała mu się dziwnie znajoma... Obrócił ją w dłoniach i nagle zdał sobie sprawę, skąd takie wrażenie. Wygrawerowane słowo „anioł” i inicjały...
- Mervi. – powiedział, głośno kończąc swój tok rozumowania.
- Co proszę? – zdumiał się komendant. Pani Anna uniosła brwi.
- To nie jest bransoletka Tiiny, ale chyba wiem czyja...
- Tak?
Virtanen bez wahania podzielił się swoimi spostrzeżeniami z policjantem. Spodziewał się lawiny pytań, odpowiadał więc na nie cierpliwie, choć nie lubił wypowiadać się zbyt obszernie. Dla dobra sprawy odłożył jednak na bok niechęć do udzielania wyczerpujących odpowiedzi i mówił wszystko, co o Mervi wiedział. Gdy skończył, policjant wrócił do swoich papierów.
- Dobrze, że pan o tym powiedział. Sprawdzimy tę panią.
Były skoczek pokiwał głową i wyszedł, gestem dając do zrozumienia teściowej, żeby szła za nim. Wyszli przed budynek; wiatr dmuchał im prosto w twarze, sprawiając, że spod koka pani Anny wymknęły się kolejne pasemka jasnych włosów.
- Pojedziesz ze mną, dobrze? Nie chcę, żebyś była sama. – zatroszczył się Tommi.
Tylko kiwnęła głową. Właściwie to było jej wszystko jedno. Nie zważała na pełne współczucia, ukradkowe spojrzenia, jakimi co jakiś czas obdarzał ją zięć. Patrzyła na drogę przed sobą, widocznie nieobecna myślami. Tommi nie próbował inicjować jakiejkolwiek konwersacji – wiedział, że zostałby po prostu zignorowany. Dlatego milczał, w duchu rozważając wszystko, co stało się na komisariacie. Oprócz przeświadczenia o genialnej domyślności Katariiny odczuwał zdumienie. Wszystko wskazywało na to, że jednak Mervi miała sporo wspólnego z porwaniem Tiiny – jednak motywy jej postępowania były tak mroczne, jak dzieje Bułgarów w starożytności. Virtanen nie mógł odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego miałaby brać w tym udział. Według niego było to zachowanie co najmniej irracjonalne.
”Myślisz, że Mervi to ostoja inteligencji?” – nagle zabrzmiał mu w głowie cichy głosik, bardzo przypominający głos Katariiny. Tommi poczuł nagle dziwną chęć, żeby się roześmiać. Tak, ona z pewnością zadałaby mu takie pytanie.


- Tommi! Masz gościa! – zawołał Janne, gdy tylko wspomniany przekroczył próg domu.
- Tak? Kto to?
- Ta przeurocza pani, która ostatnio często cię odwiedza.
Virtanen cisnął w brata nagromadzonymi w narządach wzroku piorunami, wyczuwając w jego głosie łagodną nutkę złośliwości. Janne uśmiechnął się. Delikatnym sarkazmem chciał obudzić w braciszku ducha bojowego. Udało mu się, o czym świadczyło spojrzenie typu „I – will – kill – you – znienacka – i – to – twoim – własnym – glanem”.
Tommi, zostawiając brata w przedpokoju, poszedł dalej. Rzeczywiści, w salonie czekała na niego Katariina z Samim na kolanach. Na widok Tommiego mały wypluł z ust smoczek, wyciągając tęsknie rączki w kierunku taty.
- Cześć Tommi... Dzień dobry, pani Anno. – Katariina przywitała się uprzejmie.
- Cześć. Zdaje się, że masz coś dla mnie? – zainteresował się Virtanen, biorąc od niej synka.
- No, tak... Przyniosłam ci czekoladę, jak obiecałam.
Tommi uśmiechnął się lekko.
- Taki z tego morał: słuchaj się mnie, daleko zajdziesz. Gratuluję.
- Dzięki. Byłeś na komisariacie, tak?
- Byłem. Posłuchaj...
Szybko opowiedział jej o tym, co znaleźli policjanci i o Mervi. Katariina słuchała go uważnie. Zdawało mu się, że w jej czarnych oczach, które odziedziczyła po matce, rodowitej Francuzce, dostrzegł raz i drugi błysk triumfu.
- A nie mówiłam? – odezwała się wreszcie.
- Jesteś genialna. Po prostu genialna. Jedno mnie tylko zastanawia: naprawdę nie mogę pojąć motywów postępowania Mervi. To takie głupie!
- Jak ona. Zrozum wreszcie, ta baba jest zła. Po prostu zła. Najchętniej zapytałabym ją o to wszystko wprost – kontynuowała po krótkim milczeniu – ale zrobiłam sobie wolne, bo słabo się czuję, a poza tym niech policja sobie z nią radzi. Skoro taka z niej amatorka, że zostawia po sobie ślady, to znalezienie Tiiny jest kwestią czasu.
Powiedziała to zdecydowanym tonem, jak zawsze, kiedy była czegoś absolutnie pewna. Ta pewność zwykle udzielała się innym.

komentarze [4]

IVAN NIEROZUMNYM JEST, A KATARIINA NIEUDATNĄ >> sobota, 3 maja 2008 21:23:20
Ciężko wstać z wygodnej kanapy – starość nie radość, młodość nie trzeźwość. Jednak coś robić trzeba, więc najlepiej napisać kolejny odcinek. Taki od niechcenia, ale jest. :)
***
Ivica zatrzymał „pożyczony” samochód przed opuszczonym domkiem. Jeśli wierzyć Mervi, była to melina. Kobieta poprosiła o pomoc swojego starego znajomego, a ten wskazał jej to miejsce. Nie zadowalało ono Mervi nawet w dziesięciu procentach, ale, jak rozsądnie zauważył Ivan, musieli schronić się gdziekolwiek.
Prawdę mówiąc, wszyscy, albo prawie wszyscy, przyglądali się Bogu ducha winnemu domkowi z dezaprobatą. Mervi miała w oczach żądzę mordu, a Ivan taką minę, jakby zbierało mu się na wymioty. Jedyną w miarę wesołą osobą w towarzystwie był Ivica. Beztrosko żuł bezcukrową gumę, jednocześnie trzymając Tiinę od tyłu za ręce. Przez jakiś czas pogwizdywał sobie nawet chorwacką piosenkę o złotej rybce*, ale umilkł pod ciężarem spojrzeń pozostałych. Złość na niego jeszcze im nie przeszła, natomiast sam Ivica już odpuścił sobie winy. Taka niefrasobliwość cechowała go odkąd postawił pierwszy krok i zapewne nie miała go opuścić także w wieku starczym. Jemu nie przeszkadzała, ale tym, z którymi się stykał – owszem. Było to widać jak na dłoni.
- Wchodzimy. Jest zimno. – odezwał się wreszcie, chcąc przerwać bezczynność – Damy pierwsze, aniołku.
Mówiąc to, popchnął Tiinę przed siebie tak mocno, że nie zdołała utrzymać się na nogach. Przygryzła wargi, za wszelką cenę starając się nie pokazywać jak bardzo bolało ją zetknięcie z twardą, zmarzniętą ziemią. Chorwat bez ceremonii postawił ją w pionie.
- Patrzy się pod nogi, śliczna. – syknął jej do ucha.
Tiina z odrazą odwróciła głowę. Z trudem powstrzymywała się od tego, by nie plunąć mu prosto w tę bezczelną, choć niewątpliwie przystojną, twarz. Najchętniej udusiłaby go gołymi rękoma – gdyby tylko miała taką możliwość.
- Ivica, uspokój się, dobrze? – Ivan nieco się zniecierpliwił zachowaniem kolegi.
Chorwat potulnie zaniechał dalszych zjadliwych uwag pod adresem Tiiny, spoglądając na nią jak na karalucha. Wiedział, że Ivan ma miękkie serce i wcale mu się to nie podobało. Podejrzewał, że ten stara się pomagać porwanej kobiecie. Postanowił coś z tym zrobić, ale trochę później.
Tiina odczuła taką ulgę jak nigdy przedtem, gdy Ivica sobie poszedł, a ona została, jak zwykle, pod skrzydłami Ivana. Beznamiętnie przyglądała się mężczyźnie, który ze stoickim spokojem rozpakowywał jakieś rzeczy. Powoli uświadomiła sobie, że to, co zrobiła, na niewiele się zdało. Dotychczas jakoś się trzymała, ale teraz nie mogła już dać sobie rady i po prostu się rozpłakała.
Ivan westchnął ciężko, powoli odłożył to, co akurat trzymał i odwrócił się do niej. Nie wyglądała zachęcająco: po policzkach spływały jej łzy, z głębi wstrząsanego spazmami ciała wydobywał się rozpaczliwy szloch i łkanie, jakby jakaś agonia w tej czystej duszy próbowała wyrwać się na wolność. Mężczyzna wzdrygnął się lekko. Widok tej ładnej, a teraz wykrzywionej grymasem bólu twarzy, jakoś go przerażał. W obliczu takiego cierpienia, nie wiedział jak wyrazić przepełniające go współczucie.
- Tiina. – odezwał się łagodnie – Nie płacz.
Podniosła głowę i przez chwilę przygladała mu się tak, jakby widziała go po raz pierwszy. W jej pięknych, niebieskich oczach rozbłysły gniewne iskierki.
- Ty nic nie rozumiesz! – z trudem łapała powietrze – Dobrze ci mówić, przecież tobie nic się nie stanie! Wrócisz tam, skąd przyszedłeś i będziesz sobie spokojnie żyć. A ja? Ja mogę już nigdy nie zobaczyć mojego męża i dziecka, a najgorsze jest to, że nie wiem, co takiego zrobiłam! Co ty możesz o tym wiedzieć? Nic! Wcale nie jesteś lepszy od nich! – brodą wskazała na drzwi – Teraz nie mogę już nic zrobić, nawet stąd uciec, bo pewnie ten pomyleniec będzie mnie pilnował. Jak myślisz, jak czuje się ktoś, komu zostało tylko czekanie na to, kiedy go zabiją?!
- Tiina, skąd wiesz, że... – wykrztusił Chorwat, ale Tiina mu przerwała.
- Nie jestem głupia. Oni... oni... są okrutni.
Głos jej się załamał i ponownie zaszlochała. Ivan chciał jakoś ją uspokoić, pocieszyć, ale nie wiedział jak. Powiedział tylko:
- Byłaś bardzo dzielna.
- I co z tego? Tu już mnie nie znajdą.
Ivan po prostu podał jej chusteczki i pozwolił się wypłakać. Sam czuł się niewiele lepiej niż Tiina.
***
Katariina siedziała na brzegu wanny z testem ciążowym w ręku. Poprzedniego dnia nabyła go w aptece, wracając z komisariatu i wreszcie postanowiła użyć. Czuła się coraz gorzej, a dolegliwości wcale nie mijały. Do tego, że może być w stanie błogosławionym odnosiła się dość sceptycznie, ale nie zaszkodziło sprawdzić.
Po około dwóch minutach spojrzała na rzeczony test i aż zachłysnęła się powietrzem.
- Cholera! – rzuciła w przestrzeń – Niemożliwe!
Jej reakcja była dość nietypowa, ale nie zdziwiłaby nikogo, kto choć trochę ją znał. Katariina od czasów liceum nie wykazywała chęci do posiadania dzieci, co dumnie deklarowała na lekcjach przygotowania do życia w rodzinie. Trzeba przyznać, że dbała o to, żeby nie wyposażyć się w potomka. Wyglądało na to, że tym razem zapomniała o środkach ostrożności, czego miała efekt – dwie kreski na teście.
„Boże, przecież ja się nie nadaję na matkę!” – jęknęła w duchu.
Automatycznie zaczęła przeliczać, ile może kosztować przeciętne dziecięce łóżeczko i wiele innych rzeczy. Do wydatków doliczyła nawet te kilka euro, które miała wydać na czekoladę dla Tommiego. Najchętniej dosypałaby mu soli do kawy za czarnowidztwo.
Chociaż... dręczenie coraz bardziej popadającego w frustrację i będącego kłębkiem nerwów Virtanena nie było najlepszym pomysłem. Należało raczej go wspierać, co też Katariina starała się czynić. Nie dziwiła się też temu, że powoli zaczynał się załamywać – nawet ona, osoba o niezłomnym duchu, jak mówił Jarkko, „niezniszczalna”, zaczynała powątpiewać w działania fińskiej policji. Na wspomnienie swojej wizyty na komisariacie aż zacisnęła pięści. „Niezawodni” stróże prawa znaleźli tylko telefon Tiiny, a po niej znowu ślad zaginął. Kobieta wzdrygnęła się, wspominając jak mocno przeżył to Tommi.
Pani Hynninen westchnęła ciężko, wyrzucając test do kosza na śmieci. Nie była to może wymarzona pora na przekazywanie radosnych wiadomości, ale musiała się nią podzielić. Na razie tylko z własnym mężem.

* Chodzi o chorwacką piosenkę pod tytułem "Zlatna Ribica". Tekst znajduje się TU
Może komuś zachce się śpiewać xD
komentarze [4]

ZABAWMY SIĘ PO CHORWACKU >> sobota, 26 kwietnia 2008 19:05:39
- Makao... Po makale. -. Ivan zdecydowanym ruchem położył kartę na podłodze, z dumą prezentując, kto jest zwycięzcą kolejnej partii.
Ivica przyjął porażkę z uśmiechem. Doprawdy, dziwne jest to, jak solidarni potrafią być mężczyźni. Od czasu przyjazdu do Finlandii ledwo tolerowali się wzajemnie, ale gdy tylko nadciągnął kobiecy huragan w osobie Mervi milcząco podali sobie ręce, zgodę pieczętując alkoholem Ivicowej roboty. Przyniosło im to upragnioną poprawę nastrojów i rozluźnienie.
- Cóż, Groźny... Jakby nie patrzył, wymiatasz. Wygląda na to, że nie mam szans. – przyznał przegrany.
- Pozostaje ci się tylko cieszyć, że nie gramy w pokera na fanty.
- Mojego łańcucha za nic bym ci nie oddał. Nalej jeszcze trochę.
Ivan wziął do ręki butelkę i napełnił szklanki złotawym płynem. Obydwaj upili z nich łyk, w duchu błogosławiąc Bułgarów aż do dziesiątego pokolenia za stworzenie tak doborowego trunku, jakim była rakija. Niestety, błogi spokój nie był im dany. Już zaczynali się nim na dobre cieszyć, ale wołanie Mervi sprawiło, że radość legła w dymiących zgliszczach niczym Dubrownik po bombardowaniu Serbów.
- Ivica! Ivica!
- A mam cię gdzieś. – mruknął Chorwat i spokojnie upił kolejny łyk ze swojej szklanki.
- Ogłuchłeś?!
- Być może. Cicho, babo.
Ivan wybuchnął niekontrolowanym śmiechem, ale udało mu się to zamaskować napadem kaszlu. Nikt nie mógł równać się z Ivicą w „zabawianiu się” po chorwacku i doprowadzaniu otoczenia do szału. Sam zainteresowany często czynił to z rozmysłem, tak jak teraz. W celach rozrywkowych.
- JAK JA CIĘ ZARAZ... – ton Mervi zwiastował, że dalsze jej lekceważenie poskutkuje mordem ze szczególnym okrucieństwem. – DO MNIE I TO JUŻ!
- Dobra, dobra, idę! – odwrzasnął, ale nie ruszył się z miejsca.
- TY CHOLERNY IDIOTO! – grzmiała Finka. – CHODŹ TU NATYCHMIAST!
Rad, nierad, Chorwat podniósł się i szarpnął za klamkę. Z rozmachem kroczył przez korytarz, Stanął przed Mervi i bez ceremonii zadał pytanie:
- Czego?
Nie odpowiedziała. Wcisnęła mu do ręki znaleziony telefon. Ivica dokładnie go obejrzał, marszcząc przy tym czoło. Nie zauważył niczego specjalnego.
- Po co ty mi to...? – nie dokończył, bo aparat, który dzierżył w ręku, przeraźliwie zadźwięczał.
Ivica rzucił okiem na ekranik, nagle widząc swoją głupotę w całej okazałości. To on włożył zabraną zakładniczce Nokię do tej komody, myśląc, że Tiina nie będzie miała możliwości jej odszukania. Mocno się przeliczył, o czym dobitnie świadczył numer na wyświetlaczu.
„Kretyn! Gdzie ja mam głowę?” – pomyślał, w duchu zżymając się na siebie.
- Co się stało? – Mervi zajrzała Chorwatowi przez ramię.
- Nasz aniołek trochę narozrabiał. – wycedził Ivica. – Ivan!
- Tak? – mężczyzna wychylił się zza drzwi.
- Zbieraj manatki, wynosimy się stąd. Tylko „pożyczę” jakiś transport...
Uśmiechnął się na samą myśl o „pożyczeniu” sobie jakiegoś błyszczącego cacka, po czym wyrzucił przez okno znienawidzoną już Nokię i wyszedł.
***
- Nikt nie odbiera... – komendant policji przyglądał się Katariinie z powątpiewaniem. – Czy pani na pewno...?
- A mam powód? – zirytowała się. – Niech pan coś zrobi, a nie zastanawia się czy mówię prawdę czy nie!
- Dobrze. Anssi, Toni. – skinął na stojących obok funkcjonariuszy. – Namierzcie tę komórkę! A reszta niech idzie po kamizelki i broń. No, już was nie ma!
- Komendancie! Mam! W lesie, na obrzeżach miasta. Nie przemieszcza się. Możliwe, że tam jest.
- Świetnie, Toni! Tylko tak dalej! Wyślijcie tam dwa radiowozy!
- Perkele! Koniec namierzania! Komórka chyba została zniszczona. Ostatni sygnał dostaliśmy z tej samej okolicy, około metra od budynku...
- Ruszamy! Dziękujemy pani. – komendant zwrócił się do Katariiny. – Obiecuję, że wszystkiego się pani dowie.
Kobieta nawet nie odpowiedziała, lekko oszołomiona całym zamieszaniem. Po chwili pomyślała, że dobrze byłoby powiadomić o wszystkim Tommiego. Wydobyła z torebki telefon, ale ten akurat ogłosił strajk głodowy i rozładował się. Zdusiła w sobie przekleństwo, wrzuciła go z powrotem w ciemne czeluście i po prostu pobiegła.
Znalazła się przed tak znajomym sobie domem tak szybko, jak nigdy dotąd. Przystanęła, dysząc ciężko i przyciskając dłoń do piersi. Gdy uspokoiła już oddech na tyle, że mogła normalnie mówić, zapukała. Otworzył jej Tommi.
- Co się stało? – zdumiał się, bo Katariina wyglądała tak, jakby przebiegła maraton.
- Tiina do mnie zadzwoniła.
- Słucham?!
- Tak... Mówiła, że jest gdzieś pod Lahti, ale sama nie wie, gdzie dokładnie... Zawiadomiłam policję. – wypowiedź Katariiny mogła wydać się chaotyczna, ale nie przejmowała się tym. Ważne było to, żeby przekazać wszystko, co wiedziała.
Virtanen milczał przez moment, dziwnym wzrokiem wpatrując się w księżyc. Kiedy się odezwał, głos mu lekko drżał.
- Dziękuję ci. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił.
- Nic wielkiego. Chodź, może pójdziemy na komisariat i razem się czegoś dowiemy.

komentarze [3]

ROZMOWY TAKIE I INNE >> sobota, 12 kwietnia 2008 19:14:18
Tiina została po raz pierwszy od czasu porwania, zupełnie sama. Dotychczas zawsze był przy niej chorwacki „opiekun” w osobie Ivana, a czasem Ivicy. Tylko Mervi omijała ją szerokim łukiem obiecując sobie, że zajmie się zakładniczką, kiedy przyjdzie na to czas. Póki co, nie zamierzała psuć sobie nastroju widokiem kobiety, której nienawidziła. I bez tego czuła się nie najlepiej: często popadała w apatię, a innym razem była tak skora do wybuchów, jak przeciętne pole minowe.
Właśnie owa skłonność do wpadania w złość, jaką przejawiała pani Tapola była przyczyną zostawienia Tiiny samej sobie. Chorwaci mieli już powyżej uszu wszystkich następstw takiego zachowania, więc zamknęli się w jakimś pomieszczeniu, znieczulając rakiją i grając w karty. Chyba po raz pierwszy w życiu Ivica miał ochotę urządzić Mervi jesień średniowiecza, a następnie wyrzucić przez okno. Ivan nie miał zbytnich powodów do narzekań. Zwykle to on musiał pilnować porwanej, a ta była bardzo spokojna. Widział jednak, że wszystko, co się dzieje wokół niej napawa ją lękiem.
Przeczucie mężczyzny nie zawiodło. Strach i jakiś dziwny smutek powoli zdominowały uczucia Tiiny. Została porwana z niezrozumiałych dla niej powodów, a nie widziała jakiejkolwiek drogi ucieczki. Odpychające zachowanie Ivicy dobitnie świadczyło o tym, że na litość nie ma co liczyć. Ivanovi nie ufała, mimo życzliwości, jaką okazywał. W końcu pomagał temu, który napawał ją taką odrazą, więc doszła do wniosku, że jest niewiele lepszy.
Gdyby Katariina znalazła się na miejscu swojej przyjaciółki, to bez wahania zadźgałaby Chorwatów ich własnymi nożami i szukała wyjścia bez względu na to, co mogło stać się z nią później. Lecz nieporównanie mniej przebojowa Tiina nie miała w sobie tyle odwagi.
A jednak, powoli narastał w niej bunt i wstręt do siebie. Za to, że chciała po prostu zdać się na los. Za to, że nawet nie próbowała pomóc Fortunie.
„Cholera, przecież nie mogę tu siedzieć i zastanawiać się, kiedy mnie zabiją!” – pomyślała ze złością.
Zerwała się z podłogi, w duchu dziękując Ivanovi za to, że uznał wiązanie jej rąk za niepotrzebne. Powoli podchodziła do stojącej pod ścianą małej komody, starając się stąpać jak najciszej i co chwila zerkając w stronę drzwi. Na szczęście, mężczyźni oddalili się od pokoju, w którym przebywała na dość znaczną odległość, poza tym głośno rozmawiali. Tiina zaczęła gorączkowo przetrząsać szuflady, ale nie znalazła nic, co mogłoby jej pomóc. Wyjrzała przez okno, gotowa wyskoczyć bez względu na wysokość, nie miała jednak dość siły, by je otworzyć. Nie zrażona niepowodzeniem, wróciła do eksploracji mebla. Ku swojemu zdumieniu, wpadł jej w ręce własny telefon komórkowy,którego nie zauważyła wcześniej. Ze szczęścia zakręciło jej się w głowie. Szybko wybrała pierwszy numer, jaki przyszedł jej do głowy – numer Katariiny.
- Jak dobrze, że to ty! – szepnęła z widoczną ulgą. Zdenerwowana, nie słyszała pytania przyjaciółki, po prostu zaczęła mówić. – Nie wiem dokładnie, gdzie jestem. To gdzieś pod Lahti, tak słyszałam, ale nic więcej nie mogę powiedzieć... Zrób coś, proszę! – jej głos, dotąd silny i zdecydowany, załamał się. – Ktoś tu idzie, nie mogę rozmawiać... zawiadom kogoś!
Rzeczywiście, Tiina coraz wyraźniej słyszała kroki. Ręce jej drżały, telefon upadł na podłogę. Wsunęła go pod komodę.
Ku swojemu przerażeniu, w drzwiach ujrzała Mervi. Kobieta rozejrzała się badawczo po pokoju, a następnie przeniosła wzrok na panią Virtanen. Tiina czekała na wybuch, ale ten nie nastąpił. Padło tylko jedno pytanie:
- Coś ty zrobiła, szmato?


Katariina szybko weszła do mieszkania, chroniąc się przed wiatrem. Zaraz przy drzwiach potknęła się o coś, co okazało się torbą podróżną jej męża. Uśmiechnęła się lekko i pomaszerowała do kuchni.
- No, jesteś wreszcie, gdzie się podziewałaś? – Jarkko wstał od stołu, przy którym siedział i objął żonę.
- U Tommiego. – odpowiedziała, całując go w policzek
- Daje sobie radę?
- Tak, ale... Naprawdę mi go żal. Policja nic nie wie, on chyba długo tak nie wytrzyma.
- Da radę, zobaczysz. Ten facet jest bardziej twardy niż myślisz...
„It´s easier to live alone than fear the time it´s over...” – zabrzmiał dzwonek telefonu Katariiny.
- Co do... – zniecierpliwiła się niewiasta, myśląc o pracy – Boże!
Jarkko ze zdumieniem patrzył, jak jego żona w osłupieniu spogląda na świecący ekranik, coraz bardziej blednąc. Szybko odzyskała jednak panowanie nad sobą i nacisnęła zieloną słuchawkę.
- Tiina... Mów, gdzie jesteś? – wyrzuciła z siebie lekko drżącym głosem, zerkając na małżonka, który otworzył szeroko oczy ze zdziwienia.
Zapadła cisza. Katariina w napięciu słuchała tłumaczeń przyjaciółki. Oparła się o blat kuchenny, jakby nie czuła się pewnie na nogach, ale nie dawała się ponieść emocjom.
- Nie bój się. Na pewno kogoś zawiadomię. – odparła zdecydowanie i rozłączyła się.
Nie namyślała się nawet przez sekundę. Po prostu wzięła do ręki aparat i zadzwoniła na komisariat, zdeterminowana, by ratować przyjaciółkę.

komentarze [4]




Menu

Dodaj do ulubionych



Księga
Zobacz
Wpisz się

Autorka
Bohaterowie

Archiwum
2006
październik (7)
listopad (4)
grudzień (4)

2007
styczeń (3)
luty (2)
marzec (2)
kwiecień (1)
maj (3)
czerwiec (3)
lipiec (2)
wrzesień (1)
październik (3)
listopad (2)
grudzień (3)

2008
styczeń (2)
luty (2)
marzec (2)
kwiecień (2)
maj (2)
czerwiec (1)
lipiec (1)
sierpien (1)
wrzesień (1)
październik (1)
listopad (1)

2009
marzec (1)
maj (1)
czerwiec (1)
lipiec (1)
wrzesień (1)



Ulubieni
legenda-powraca

Linki


Kluby




| Lay & Html by Laurinko
only for mestari
Więcej: dodatki-sportowe |

[opowiesci.klub.mylog.pl]